niedziela, 19 listopada 2017

SS „Minden” - skarb w Atlantyku



Czy Atlantyk kryje w swych głębinach miliardowy skarb? Poszukiwacze skarbów znaleźli u wybrzeży Islandii wrak hitlerowskiego statku.

Reykjavik/Praga – Poszukiwacze skarbów z Wielkiej Brytanii znaleźli na południe od wybrzeży Islandii wrak niemieckiego statku SS Minden. Ładownie zatopionego statku ukrywała skarb, który zawiera 4 tony jakiegoś cennego metalu. Przypuszcza się, że chodzi tu o złoto, które w 1939 roku przewożono do Niemiec, ale statek został celowo posłany na dno przez załogę. Znalazcy zwrócili się do władz Islandii z prośbą o pozwolenie na zrobienie otworu we wraku i wydobycia sejfu z drogocenną zawartością.


Ekipa towarzystwa Advanced Marine Services (AMS), której aktywność to przede wszystkim szukanie i wydobywanie cennych ładunków z morza, odkryła w Oceanie Atlantyckim, prawie 200 km na południe od wybrzeży Islandii wrak niemieckiego frachtowca SS Minden. Statek został zatopiony w dniu 24.IX.1939 roku, wkrótce po rozpoczęciu II Wojny Światowej. Płynął on z Ameryki Południowej, z której to banków miał zabrać cenny ładunek 4 ton – najprawdopodobniej złota. Według brytyjskiego serwera „The Independent”, jego wartość wyniosłaby 125 mln GB£, czyli 35,822 mld CZK albo 5,922 mld PLN (po kursie dnia).

Ten właśnie ładunek był tym, co przesądziło o losie statku. SS Minden wpadł w wszechwidzące oczy radarów brytyjskiej marynarki wojennej. Aby nieprzyjaciel nie dostał w swe ręce cennego ładunku, kapitan statku na rozkaz samego Adolfa Hitlera pogrzebał go na dnie oceanu.

Po swoim odkryciu, AMS poprosiła władze Islandii o pozwolenie na przebicie się przez burtę statku do pancernych safesów, w których kryje się skarb. Twierdzi też, że należy on do znalazcy i chce zabrać go ze sobą do Wielkiej Brytanii, a to dlatego iż już wcześniej byli oni obwinieni o to, że po wraku statku prowadzili poszukiwania bez żadnego odpowiedniego zezwolenia.


Islandzkie urzędy o aktywności AMS dowiedziały się potem, kiedy na swoich wodach terytorialnych napotkały zakotwiczony statek norweski MV Seabed Constructor, który został wynajęty przez AMS jako baza do swych poszukiwań.


Brazylijskie złoto


Wedle islandzkiego serwera „Iceland Monitor”, załoga nie była w stanie odpowiedzieć na pytania Straży Przybrzeżnej co robi w tym miejscu. Jej reakcja była według niej „niejasna i sprzeczna”. Patrol nakazał statkowi płynąć do Reykjaviku, gdzie na pokład wkroczyła policja, która przesłuchała załogantów.
Według rzecznika islandzkiej Straży Przybrzeżnej Georga Lárussona, nie mieli oni zezwolenia na szukanie skarbu.
- Powiedzieli nam tylko, że szukali tam oni interesującego celu z II Wojny Światowej, ale nie mogli podać więcej szczegółów – wyjaśnił on.

SS Minden wyszedł w dniu 6.IX.1939 roku z Brazylii, gdzie wziął on na pokład ładunek z Banco Germanico – filii niemieckiego Dresdener Banku. Kiedy u brzegów Islandii dostrzegły go brytyjskie krążowniki HMS Calypso i HMS Dunedin, Adolf Hitler wydał kapitanowi rozkaz, by jak najszybciej się wycofał. Jedną z dalszych możliwości było samobójcze zatopienie statku z ładunkiem, do czego też doszło, bowiem ładunek nie mógł wpaść w ręce wroga.

Załogę SS Minden uratował HMS Dunedin i została ona dostarczona do bazy marynarki wojennej w Scapa Flow na Orkadach. Wedle oficjalnych zapisów archiwalnych, był to właściwie bezcenny ładunek, ale bez względu na to, jak kosztowny jest wynajem specjalistycznych statków, załoga musiała być przeświadczona o tym, że poszukiwania mają sens.    



Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 18 listopada 2017

Potwierdzono istnienie Proximy b!

Proxima b - wizja artysty

Europejskie Obserwatorium Południowe (ESO) w końcu potwierdziło, że odkryto nowego kandydata na egzoplanetę zwana Proxima b wewnątrz ekosfery Proximy Centaura (Toliman C) – czerwonego karła w naszym sąsiednim systemie gwiezdnym Alfy Centaura.

To jest wspaniała wiadomość, bowiem oznacza ona, że Ziemiopodobna planeta znajduje się w odległości tylko 4,26 roku świetlnego (ly) od nas, i potencjalnie może podtrzymać życie (jakie znamy). Potrzebne są dalsze badania w celu potwierdzenia charakterystyki atmosfery i możliwości istnienia ciekłej wody na jej powierzchni, ale ta ekipa naukowców także planuje, jak tam się możemy dostać.
- Jest wiele egzoplanet, które odkryliśmy, i wiele tych, które dopiero odkryjemy, ale poszukiwania najbliższego Ziemi potencjalnego analogu będzie doświadczeniem życia dla wielu z nas – powiedział dziennikarzom członek ekipy Guillem Anglada-Escudé z Uniwersytetu Queen Mary w Londynie, w dniu dzisiejszym (15.XI. br.).

Nazwana Proximą b kandydatka na egzoplanetę orbituje wokół Proximy Centaira – czerwonego karła, który należy do systemu gwiezdnego Alfy Centaura/Tolimana w konstelacji Centaura. Jest to najbliższy Ziemi system gwiezdny, co tworzy Proximę b najbliższą Ziemi egzoplanetę jaką kiedykolwiek odkryto.
- To jest naprawdę ekscytujące ze względu na jej bliskość, nie mogło być lepiej – powiedział inny członek ekipy Michael Endl z Uniwersytetu Teksaskiego w Austin, TX.

Proxima b w swym otoczeniu gwiezdnym - widoczne są dwa słońca Alfy Centaura i Słońce jako jasna gwiazda w prawym górnym rogu... (wizja artysty)

Ekipa ta, która skupia naukowców z ESO i program zwany Pale Red Dot Campaign, była w stanie odkryć kandydata na egzoplanetę poprzez obserwację Tolimana C w I połowie 2016 roku i porównywanie z danymi z obserwacji z ostatnich 16 lat, zebranymi przez teleskopy z całego świata. Poprzez porównanie danych uzyskanych w ciągu tych 16 lat, odkryto dostatecznie mocny dowód statystyczny na istnienie Proximy b.
-Sprawdzałem charakterystyki sygnału każdego dnia poprzez 60 nocy Pale Red Dot Campaign. Pierwsze 10 było obiecujących, pierwszych 20 spełniało nasze oczekiwania, zaś po 30 dniach rezultaty były pewne, że można je było przedstawić na papierze! – powiedział Anglada-Escudé.

To co wiemy o Proximie b to to, że jest ona 1,3 razy większa od Ziemi i jest duża szansa na to, że będzie to glob skalisty. Orbituje ona w odległości 6,92 mln km od Proximy Centauri i jeden obrót trwa 11,2 dnia. Na jej powierzchni panuje temperatura -40°C, a to stwarza możliwość, że ma ona możliwą do życia atmosferę i wodę w stanie ciekłym na swej powierzchni – czyli coś, co stanowi kluczowy warunek do powstania i podtrzymania życia na planecie. Potrzebne są dalsze obserwacje w celu potwierdzenia tego, ale na szczęście Proxima b jest w zasięgu naszych próbników, co oznacza, że pewnego dnia w nieodległej Przyszłości, wyślemy tam statek kosmiczny w celu zrobienia zdjęć tej planety.

Widok nieba z powierzchni Proximy b - widoczna Proxima Centaura oraz układ gwiezdny Tolimana A i B (wizja artysty)

Ekipa badawcza planuje także związanie się z Markiem Zuckerbergiem, Stephenem Hawkingiem i rosyjskim miliarderem Jurijem Milnerem, który ogłosił wart 130 mln USD projekt nazwany Starshot jeszcze w tym roku zostanie stworzony projekt małego statku kosmicznego do Alfy Centaura w nadziei na odkrycie tam życia. Ekipa Starshot ma nadzieję na wystrzelenie tego statku kosmicznego do Tolimana w ciągu 30 lat. w czasie trwania tego projektu ekipa ESO ma nadzieję na uzyskanie więcej danych o Proximie b.     
- Proxima b jest naszą sąsiadką – mówią oni – więc wykorzystajmy to.
Odkrycia tej ekipy zostały opublikowane w „Nature”.


Moje 3 grosze


Początkowo zakładano, że wokół Tolimana C krąży planeta o masie ok. 600 razy większej od masy Ziemi czyli ok. 2 razy większa od Jowisza, której czas obiegu miał wynosić ok. 2,5 ziemskiego roku. Obserwacje nie potwierdziły jej istnienia, co mogło wskazywać na istnienie układu planetarnego złożonego z wielu ciał niebieskich. Okazuje się, że prawda jest jeszcze inna. Ale poznamy ją całkowicie, kiedy się tam wybierzemy i zobaczymy te planety na własne oczy.

A teraz o podróży do tego układu - spójrzmy na to z praktycznego punktu widzenia. Proxima jest oddalona od nas o zaledwie 4,26 ly. W kilometrach jest to iście astronomiczna liczba: 4,0302582 x 10^13 km, albo 4.030.258.200.000 km. Taką odległość mamy do przebycia. I to w czasie zaledwie jednego ludzkiego życia albo sztafety pokoleń.

Literacko wygląda to dosyć ciekawie. U K. Borunia i A. Trepki ich statek kosmiczny Astrobolid poruszający się z prędkością 50.000 km/s przebywa ten dystans w ciągu 130 lat, aliści fotonowy statek kosmiczny RER – zbudowany w oparciu o technologię mieszkańców planet Proximy - porusza się już z prędkością 147.000 km/s i miał pokonać odległość 14 x 10^11 km czyli 55 dni świetlnych dzielących Tolimana C od układu Tolimana A i B w ciągu 232 dni.
U St. Lema jego Gea porusza się z prędkością 170.000 km/s i przelot trwał już tylko 12 lat w jedną stronę. W obu przypadkach statki kosmiczne były rozpędzane i hamowane przy pomocy napędu nuklearno-jonowego działającego w oparciu o III Zasadę Dynamiki. No i nie zapominajmy o jednym, że taka podróż składałaby się z trzech faz: rozpędzania, lotu bezwładnego i hamowania – stąd wydłużony czas takiego lotu.

Ciekawy jestem, jakie będzie rozwiązanie zasady napędu statku kosmicznego z projektu Starshot? Czy będzie to coś rewelacyjnego na miarę XXI wieku? Nie zapominajmy, że sondy kosmiczne Voyager potrzebowały 30 lat by opuścić Układ Słoneczny… U Borunia i Trepki statek kosmiczny CM-2 Celestia lecący z prędkością 50 km/s potrzebowałby aż 19.600 lat do przebycia dystansu z Ziemi na planety Układu Tolimana A i B. Niewyobrażalna przepaść Czasu. Potrzebne nam zatem jest coś, co otworzy nam bramy Wszechświata. I zamiast toczyć jałowe spory i zabijać się w bezsensownych wojnach, powinniśmy szukać tego klucza, jeżeli na serio myślimy o kolonizacji innych planet… - bo w przeciwnym razie będzie tak, jak u Isaaca Asimova – gdziekolwiek się nie ruszymy, na planetach i księżycach będziemy znajdywać tabliczki z napisem ZAJĘTE. I co wtedy?   


Opinie z KKK


Ciekawe, że jak zacząłem czytać ten artykuł to pomyślałem:"po co się zabijać i trwonić pieniądze na broń-lepiej przeznaczyć je na badania".  A tak "poważnie", przydał by się jakiś wehikuł czasu, żeby zobaczyć co tam się znajdzie? 😏 (K A ZE K)


Masz 100% racji. Gdyby agresję wewnątrzgatunkową skierować na zewnątrz, to już od dawna skolonizowalibyśmy Księżyc i mieli bazy kosmodromiczne na Plutonie, a tak... Grzęźniemy w jakichś bezsensownych wojnach i konfliktach nie rozumiejąc, że Ziemia jest naszym domem i z tego domu trzeba będzie wyjść na szerokie ulice, inne domy, inne miasta... (Daniel Laskowski)



Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 

czwartek, 16 listopada 2017

Kolejne tajemnice Ludrovej



Tajemnica kościoła w Ludrovej:
Czy pod ołtarzem ukryto grób Templariusza?


Vladimir Kampf


Kiedy już dojdzie do eksploracji podziemi i rzekomego grobu pod ołtarzem kościoła p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej k./Rużemberoka, to wszystko może się zdarzyć. Póki co, tajemniczy Templariusze na Słowacji są otoczeni mitami.

Historia Zakonu Templariuszy budzi wiele kwestii i wiąże się z kombinacją niejasnych zagadek. Templariusze są źródłem ekscytujących legend o wielkich skarbach, które prawdopodobnie przetrwały podczas ich gwałtownego unicestwienia. Być może część ich legendarnych bogactw jest ukryta gdzieś na Słowacji. Znani historycy jednak nie chcą o tym słuchać. Nie zgadzają się z tym albo są powściągliwi.

Jednym z oddanych popularyzatorów idei, który od czasu do czasu zabiera głos w tej sprawie, jest dyrektor Muzeum Ziemi Kysuckiej w Czadcy - dr Miloš Jesenský.  
- Aktywność Templariuszy w naszym regionie jest wyraźnie potwierdzona w dzisiejszej północnej części Węgier, Śląska, w Polsce i wzdłuż naszej obecnej granicy zachodniej (z Republiką Czeską – przyp. tłum.), na południu w Čejkovicach, który był główną siedzibą, aż do zamku Štramberk w pobliżu Koprzywnicy na północy Moraw. Dokumenty miasta Vsetín także na to wskazują.
Konflikty pomiędzy byłym Królestwem Węgier  a ziemiami Korony Czeskiej trwały wtedy nieprzerwania. Granice były niespokojne i zmienione, a od Średniowiecza do czasów ich osiedlenia – jak to teraz wiemy – konflikty te były krwawe.
W mojej wizji, te spory rozstrzygano przez osiedlanie Templariuszy w strefie przygranicznej w celu ustabilizowania sytuacji tworząc strefę neutralną. Tak jak dzisiaj robią to wojska ONZ – wyjaśnia dr Jesenský swoją teorię (być może nawet spiskową), która wyjaśnia rozmieszczenie Templariuszy w wąskim korytarzu bezpieczeństwa z południa na północ. 

Przypomnijmy: Templariusze to Zakon Ubogich Rycerzy Świątyni Salomona – Pauperes Commitiones Christi Templique Salomonis – byli to średniowieczni rycerze i mnisi w jednym. Zakon założył Hugo de Payens w 1119 roku. Ich główną misją była ochrona chrześcijańskich pielgrzymów z Zachodu na drodze do Ziemi Świętej, później pracowali i służyli w innych częściach cywilizowanego świata.


O dwa wieki bliżej


Templariusze bez wątpienia dotarli na Słowację.
- W 1802 roku, w Ostrzygomiu (dziś Esztergom, Węgry – przyp. tłum.) opublikowano monumentalną publikację pt. „Opisanie klasztorów cesarstwa węgierskiego” kanonika Damiana Fauxhoffera, który m.in. wspomina o Templariuszach na naszym obecnym terytorium. Według niego mieszkali oni w Likavie, na Zamku Orawskim, w Blatnicy, Martinčeku – gdzie stał ich kościół. Według tej pracy, templariuszowskim był także kościół w Ludrovej. Były także w słowackiej L’upčy czy w Malinovej k./Bratysławy. Ale pozostaje pytanie: czy możemy wierzyć Fauxhofferowi? Sceptycy twierdzą, że historia wtedy nie była nauką tak bardzo, jak dzisiaj – mówi niekonwencjonalny badacz i myśliciel.

Templariusze nigdy nie cieszyli się dobrą sławą po kasacji zakonu, ale relacja Fauxhoffera dla Archiwum Kościoła była sumienna i kompleksowa. Dr Jesenský sądzi, że mógł ich spokojnie pominąć, ale o nich nie zapomniał.
- Wierzę, że to benedyktyńskie poszukiwanie słowa, był on jednak Templariuszom o stulecie bliżej od nas. Niestety, w czasie historycznych wydarzeń sporo archiwów zostało zniszczonych, a niektóre znikły. Fauxhoffer miał dostęp do dokumentów, które już dziś nie istnieją. Poza tym z dokumentami w przeszłości różnie bywało. Kiedy królowi Francji Filipowi IV Pięknemu udało się zlikwidować Templariuszy, skonfiskować ich posiadłości i wezwać swych potężnych kolegów do podjęcia podobnych działań. Nie wszyscy to zrobili. I tak np. w Portugalii Templariusze znaleźli się pod opieką króla i kontynuowali swą działalność pod innym szyldem i inną nazwą. Zakładamy, że Templariusze zostali włączeni do zakonu Joannitów, by uniknąć ich prześladowania. Co więcej, istnieje taka smutna zasada, że kiedy ktoś wejdzie w posiadanie dóbr kogoś innego, to próbuje zniszczyć dowody jego posiadania. Poza tym dowody niszczyli także sami Templariusze po to, by nikt nie udowodnił im posiadania majątku, na który miał chrapkę ktoś inny. W ten sposób świat nadal działa, niestety, wiele razy także dzisiaj.


Filip IV nie miał pieniędzy


Przede wszystkim za likwidacją Templariuszy stały problemy finansowe, które miał król Filip IV Piękny (1268-1314). Próbował się odbić od dna różnymi brzydkimi sposobami. Poprosił on papieża Bonifacego VIII aby ten skasował Zakon Templariuszy, by skonfiskować ich własność dla siebie, ale jego następca Klemens V odmówił.

Zatem Filip IV polecił swym ministrowi Nogaretowi i inkwizytorowi Ymbertowi zebrać kompromitujące ich dowody. Głównym powodem oskarżenia Templariuszy był spisek, że zamiast Chrystusa czczą Baphometa/Bafometa.

W nocy z czwartku na piątek, 13.X.1307 roku, Templariuszy aresztowano, a ich mienie przepadło. Od tego czasu pobożni ludzie uważają piątek 13-tego za feralny dzień.

Wielu wysokich stopniem Templariuszy zostało oskarżonych o herezję i spalonych na stosie. Rycerski zakon rzucono na kolana, ale nie został on oficjalnie skasowany. Tak się stało tylko we Francji.

JKM Filip IV Piękny wraz ze swymi zbrojnymi dał biskupom wyraźnie do zrozumienia, czego od nich oczekuje.

22.III.1312 roku zakon został oficjalnie skasowany. NB, nie był to jedyny zakon, który skończył w ten sposób, kiedy szło o jego majątek.







Od urodzenia do śmierci


Mówi się, że pod ołtarzem kościoła w Ludrovej znajduje się krypta, i mówiono o tym od dawna. Ale jak dotąd nikt nie przeprowadził poważnych badań. Podczas renowacji fresków w latach 60-tych naprawiono także podłogę. Rozwiązano to po swojemu, tzn. położyli nową na starą i to było wszystko. Nikt nie wszedł pod posadzkę.
- Dlaczego nie przeprowadzono badań? W ludrovskim kościele są także dziwne koneksje astronomiczne. Vladimír Karlovský i Eva Stopková z Obserwatorium Astronomicznego i Planetarium im. M.R. Štefánika w Hlonovcu poświęcili się badaniom astronomicznej orientacji niektórych średniowiecznych kościołów na Słowacji. Np. w Ludrovej, w dniu św. Urszuli (21.X – przyp. tłum.) światło słoneczne wpada przez okno i oświetla na ścianie portret donatora i tekst obok niego. Innym zjawiskiem jest to, że na początku Adwentu, promienie słoneczne oświetlają dokładnie mural tryptyku ukazującego Matkę Boską Opiekunkę, Chrystusa Frasobliwego i św. Jana Chrzciciela.

Historycy nie widzą w tym niczego szczególnego, jednak pod względem astronomicznym kościół jest niezwykły.
- Gdyby to było nieistotne dla kilku wieśniaków, to po co ktoś włożył w to tyle wysiłku i pomysłowości? – pyta Miloš Jesenský. – Jeżeli natomiast odnosimy to do Templariuszy, to możemy znaleźć podobieństwa w Portugalii, gdzie takie właśnie zjawiska występują w tamtejszych templariuszowskich świątyniach.

Podobnie jest w kościele w Martinčeku.
- Były burmistrz przypomniał sobie kiedyś, jak przypadkowo zwiedzał go pewien profesor z Portugalii. Nawet przez moment się nie zastanawiał i orzekł, że jest to templariuszowski kościół. Wewnątrz kościoła zidentyfikował on symbol astrolabium, dokładnie znany z jego ojczyzny. Profesor zareagował spontanicznie i nawet nie pomyślał, komu byłaby przydatna w środku Liptowa ta pomoc nawigacyjna.

[Być może pomoc taka była potrzebna komuś, kto z polecenia Zakonu czy któregoś z panujących miał za zadanie wykonać mapy tych przecież mało znanych ziem… Templariusze byli doskonałymi żeglarzami, więc taka robota była dla nich w sam raz… - uwaga tłum.]


Tajemnica Ludrovej


Kto mógłby zostać pochowany pod ołtarzem w kościele p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej, który jest własnością Muzeum Liptowskiego w Rużemberku?

To był chyba Johannes Gottfied von Haberstein, mistrz Templariuszy, który podczas wizytacji na Węgrzech w 1230 roku komandorii templariuszowskiej na górze Mnich został zaatakowany przez zbójów i poważnie ranny? W konsekwencji tych ran zmarł. Chciał być pochowany w najbliższym murowanym kościele, ale dr Jesenský oferuje inne wyjaśnienie.
- Może to dotyczyć pewnego podobieństwa bo odkryliśmy, że sam Bernhard von Eberstein, który był również templariuszowskim wizytatorem i działał w Czechach, Polsce i na Śląsku. W przypadku tych dwóch rycerzy, regionalne zapisy mogą być wymienialne. Z tego co wiemy, Bernhard von Eberstein znikł w niewyjaśnionych okolicznościach w czasie swej podróży na Śląsk. Nikt nie wie, co się z nim stało. 

[Być może doszło tam do zbrodni i jeden z nich, albo nawet obydwaj zostali zamordowani – tego też się nie da wykluczyć. Możliwe że poszło o jakieś spory wewnątrz samego Zakonu, albo był to zamach zorganizowany przez kogoś, komu ta wizytacja była wybitnie nie na rękę – dzisiaj możemy to tylko zgadywać… - uwaga tłum.]

Nie można wykluczyć  istnienia grobu pod kościołem w Ludrovej, a nawet podziemnego korytarza do pobliskiego szczytu Čerena. Pewna opowieść mówi o myśliwym, którego pies w czasie polowania wpadł do dziury, a jego szczekanie jakoby brzmiało przez kilka dni pod zakrystią kościoła.


Czternastu na Wieczerzy


Według dr. Jesenský’ego nawet okna kościoła są zdeformowane, jakby jego budowniczowie chcieli coś przez to udowodnić. Nawet w Średniowieczu wystarczyła jedna równa płytka.
- To nie jest łatwa praca. Miała ona na celu skierowanie promieni słonecznych w określony punkt w celu uzyskania najlepszego efektu oświetlenia fresków na ścianach – mówi dr Jesenský. – Układ fresków nie jest przypadkowy, ani kierunek wiązek światła, które na nie padają.

Malowidła są również interesujące.
- Kościół p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej to jedyny kościół na Słowacji, w którym jest przedstawiona postać powieszonego Judasza – wyjaśnia Tomáš Pastucha (lat 23), historyk i obecny administrator kościoła w Ludrovej. – W Ostatniej Wieczerzy uczestniczy czternaście osób. Apostołów było dwunastu, a trzynastą osobą był Jezus Chrystus, ale… Jezus jest tu namalowany dwukrotnie! Pierwszy obejmuje Apostoła Jana, a z drugiej strony myje On nogi Apostołowi Piotrowi. Jest to wyjątkowa ilustracja dwóch kluczowych sytuacji w jednej scenie Ostatniej Wieczerzy.

Jednakże Tomáš Pastucha niechętnie wierzy Milošowi Jesenský’emu. Kościół Wszystkich Świętych w Ludrovej jest po raz pierwszy udokumentowany na piśmie dopiero w 1332 roku.
- To jest bardzo interesujące nawet jeśli nie myślimy o Templariuszach – powiedział on. – Bloki kamienne z najstarszej części kościoła pozwalają nam stwierdzić, że został on zbudowany gdzieś w latach 1260-1270 – pokazuje na romańskie okno w świątyni.
- Kościół przeszedł wiele modyfikacji. Ta legenda pochodzi z XIX wieku. Z biegiem czasu i oddalenie od kościoła spowodowało spadek zainteresowania wierzących, tak że zaprzestano tu odprawiania mszy św. Stan kościoła zaczął się pogarszać, stojąca obok niego lipa uschła i zamierzano ją wyciąć. Nieco później Móric Rakovsky z Liptovskiej Szczawnicy miał widzenie, że kościół jest pełen ludzi, a lipa zakwitła. Odremontował kościół i drzewo znów zakwitło. Po śmierci pochowano go pod kościołem.

Ciekawa historia, ale bardziej są ciekawe te o Templariuszach… Czy pod ołtarzem znajduje się grób rycerzy Herbersteina lub Ebersteina i tajemniczy skarb Rycerzy Świątyni…?                         



Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 
Zdjęcia autora

środa, 15 listopada 2017

PLASTYKOWY PROBLEM WSZECHOCEANU (9)



Oceaniczne plastyki mają znaczący wpływ na klimat


Sarah Mosko


Mieszkaniec Laguna Beach James Pribram – na zdjęciu – trzyma plastykowe śmieci, które znalazł na Oceanie Atlantyckim 2000 mil pomiędzy Brazylią a RPA, w Wirze Południowoatlantyckim w 2011 roku. Chociaż spalanie paliw kopalnych jest główną przyczyną EGO, kopalne paliwa mogą także pociągnąć zmiany klimatu poprzez kompletnie inny mechanizm, w którym rolę odgrywają plastykowe cząstki i małe bioluminescencyjne rybki zamieszkujące setki metrów poniżej powierzchni oceanu.

Świecące ryby - latarniki czyli myctophis (Myctophidae) mają długość zaledwie kilku cali, ale są wszechobecne i tworzą niemal połowę rybnej biomasy Wszechoceanu. Są one żywotne dla oceanicznych możliwości pochłaniania węgla, bardziej niż wszystkie lasy świata, w czasie swej migracji we wszystkich siedmiu morzach.

We dnie latarniki unikają drapieżników w głębokich wodach, z których wypływają na powierzchnię w czasie nocy, gdzie żywią się bogatym w węgiel planktonem zanim znów się zanurzą w głębokie wody, gdzie z kolei odkładają swe bogate w węgiel odchody. One także magazynują węgiel kiedy są zjadane przez większe ryby. Ten rytuał migracyjny jest główną możliwością zredukowania ilości wyprodukowanego przez Ludzkość i wyemitowanego w atmosferę CO2 o – jak się ocenia – 20-35%.

A zatem, cokolwiek szkodzi latarnikom przeszkadza pochłanianiu węgla przez ocean. Alarmujące wieści o tym, że małe okruchy plastyków przypominające ulubione planktonowe pożywienie latarników mogą przyprawić je o problemy i w konsekwencji także zmianę klimatu.

Większość plastyków jest wytwarzana z ropy naftowej i naturalnego gazu i dla celów praktycznych, nie ulegają biodegradacji, nawet jeżeli w wodzie rozpadają się na drobne i coraz mniejsze fragmenty.

Wszystkie morskie plastykowe śmieci akumulują się w cyrkulujących strefach oceanicznej konwergencji zwanych wirami oceanicznymi. Od czasu dokonania przełamującego odkrycia w 1999 roku, że plastyki przewyższają ilość zooplanktonu w powierzchniowych wodach Północnego Pacyfiku w stosunku 6 : 1, zorientowano się, że drobne odłamki plastykowe mogą być mylone przez stworzenia morskie żywiące się planktonem.

Następujące potem badania wykazały, że więcej niż trzecia część żołądków latarników złapanych przy powierzchni pacyficznych wirów oceanicznych zawierały kawałki plastyków, podobne wielkością (1-3 mm) i kolorem (przeźroczyste, białe i niebieskie) do lokalnego zooplanktonu.

Połykanie plastyków przez latarniki wyjaśnia niezgodne z prawdą wyniki. Ogromne ilości plastyku znikają z powierzchni morza we wszystkich pięciu największych światowych wirach, z czego przede wszystkim te o średnicy 2 mm.
Zatykanie przewodów, niestrawność i zagłodzenie to oczywiste zagrożenia wynikające ze zjadania plastykowych odłamków, które jak się sądzi są związane z morskimi plastykami i stwarzają ogromne zagrożenia.

Zanieczyszczenia ropopochodne, które przyklejają się do plastyków są połykane i potencjalnie włączają się w łańcuch pokarmowy, kiedy to małe rybki są zjadane przez duże.

Zagrożenie także wynikają z bloków zbudowanych z pewnych polimerów. Np. poliwęglanowy plastik pochodzi z BPA (bisfenol A), estrogen powodujący zaburzenia endokrynologiczne, co może wywoływać zaburzenia rozwojowe. Natomiast podstawowe składniki polichlorku winylu (PCV) i polistyrenu są znane jako czynniki kancerogenne.

Niezliczone dodatki, które nadają wyrobom plastycznym pożądane właściwości, budzą dodatkowe obawy, ponieważ mogą przedostać się z połkniętych tworzyw sztucznych do tkanek organizmu. Ftalanowe plastyfikatory i polibromowane środki zmniejszające palność są typowymi dodatkami, które na przykład szkodzą układom hormonalnym  ssaków.

Ostatnie badania dokumentują kontaminację tkanek latarników chemikaliami, które pochodzą z plastyków i z wody morskiej.

Ponadto, pływalność plastyków może przeszkadzać w utrzymaniu przez nie stabilności i pływalności w czasie migracji z głębin pod powierzchnię i vice-versa.

Jeżeli bieżący trend utrzyma się do roku 2050, to składowiska odpadów i śmieci oraz środowisko naturalne zakumuluje 12.000.000.000 ton plastykowych śmieci.

Jedno z najwcześniejszych badań na temat tego, jak plastyki przedostają się w wody oceanów rocznie z nadbrzeżnych społeczności wskazuje, że jest tego od 4,8 do 12,7 mln ton.

W zależności od pływalności, niektóre plastyki pływają a inne toną i opadają na dno, albo przemieszczają się poprzez kolumny wody. Biorąc pod uwagę przestrzeń oceanów i wskaźnik napływu nowych tworzyw sztucznych, otwarte programy oczyszczania oceanu są niewykonalnym rozwiązaniem.

Samym centrum klimatycznego kryzysu jest dysfunkcyjny stosunek Ludzkości do paliw kopalnych. Jeżeli będziemy go dalej ignorowali, to problem ten będzie narastał coraz szybciej. Droga, którą podążamy, wiedzie do coraz większej destabilizacji klimatu, która będzie się przejawiać coraz silniejszymi burzami i dotkliwszymi suszami, rozprzestrzenianiem się ludzkich nieszczęść, masowym wymieraniem gatunków oraz socjalnymi, ekonomicznymi i politycznymi przewrotami. (Np. kryzys migracyjny, którego jesteśmy świadkami w Europie, Ameryce Pn. i Australii – uwaga tłum.)

Potrzeba racjonalnej zmiany z gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych jako podstawowego źródła energii na produkcję rzeczy w oparciu o energię odnawialną i produkowanie rzeczy, które nadają się do recyklingu i podlegają biodegradacji. Eliminacja plastykowych przedmiotów jednorazowego użytku jest koniecznością.               



Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

CDN.


niedziela, 12 listopada 2017

Skarb Templariuszy z kościoła w Ludrovej

Podróż uczona do Ludrovej, Martincika i Likavy


Kristína Štúrikova


Na czele konduktu pogrzebowego kroczy sześciu mężczyzn niosących trumnę. W grobowej ciszy słychać tylko chrzęst kolczug rycerzy i ich kroki. Celem ich drogi jest kamienny kościółek, gdzie przy otwartej krypcie czeka na nich ksiądz. Jest rok 1230 i kościół p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej k./Rużemberoka staje się miejscem wiecznego spoczynku templariuszowskiego rycerza…

Taki mógł być przebieg wydarzeń, które teraz tak zajmują historyków. Starsze pokolenie twierdziło, że Templariusze mieli swe siedziby na Słowacji, młodsza tym tematem raczej się nie zajmuje. Jedna z najciekawszych legend się wiąże z wczesnogotyckim kościołem w Ludrovej, który jest uważany za najstarszy na Liptowie. Jego powstanie określa się na XIII wiek i ze względu na swój wiek jest otoczony wieloma tajemnicami i legendami.[1]

W dniu dzisiejszym pojechaliśmy tam do miejsca, które może mieć związek z obecnością Zakonu Templariuszy na Słowacji. W kościele czeka już na nas dyrektor Kysuckiego Muzeum w Czadcy, historyk i publicysta dr Miloš Jesenský (lat 46).







Tajemniczy kościół


Nie potrafimy tego określić, ale kościół tchnie atmosferą tajemnicy. Na jego ścianach – szczególne u ołtarza – znajdują się zachowane stare freski z obrazami z narodzin, życia, umęczenia i śmierci Jezusa. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak w każdej innej świątyni, ale przecież jest to jakieś inne.
- W 1230 roku, miał na szczycie pobliskiej góry Mnich zginąć Templariusz wysokiego stopnia Johann Gottfried von Herberstein. Rycerz ów został ciężko ranny, kiedy wraz z nielicznym pocztem walczył z bandą rozbójników, którzy uprzednio napadli na pątników idących na pielgrzymkę – zaczyna dr Miloš Jesenský, który o Templariuszach napisał mnóstwo książek i innych publikacji.
- Wedle tradycji, miał on być pochowany w pierwszym kamiennej świątyni, a prawie był to kościół p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej. Tą sensacyjną informację z przeszłości wygrzebał ks. Jakub Šeliga były proboszcz, który na przełomie XVIII i XIX wieku pracował w Rużemberoku. Miał on do dyspozycji dokumenty z archiwum rodzinnego Herbersteinów, ale niestety, nie dochowały się one do dnia dzisiejszego.

Jednakże ks. Šeliga nie był jedynym, który wierzył w to, że ten kościół miał być miejscem wiecznego spoczynku Templariusza. W II połowie XIX wieku fakt ten potwierdził inny duchowny Štefan Nikolaj Hýroš. Przypuszczał on, że doczesne szczątki Gottfrieda leżą wraz z ogromnym skarbem w podziemiach pod ołtarzem tego kościoła. Wejście do nich miał wskazywać jeszcze w czasach fra Hýroša nagrobny kamień z całkowicie zatartymi literami.

Ołtarz w kościele w Ludrovej, to gdzieś pod nim znajdują się tajemnicze pomieszczenia i tunele...


Zagadkowa krypta


Spoglądamy pod nogi, gdzie ta krypta mogłaby się znajdować. Podłoga jest rzecz jasna już nowszej daty.
- W latach 60. ubiegłego wieku podłogę naprawiono po prostu tak, że nowe płyty położyli na stare, nie próbując nawet zbadać tego, co znajdowało się pod nią. No i właśnie dlatego tej tajemnej krypty do dziś dnia nikt nie odkrył – wyjaśnia nam specjalista ze wzruszeniem w głosie. Miejscowa legenda miejska mówi o podziemnym korytarzu biegnącym od kościoła w Ludrovej do kościoła na szczycie Mnicha.
- Legenda ta mówi o myśliwym, którego pies pobiegł za zwierzem i wpadł do korytarza. Długo nie wracał i znaleziono go w dwa dni później o kilka kilometrów stąd, na szczęście żywego i zdrowego. Ale zanim do tego doszło, spod ziemi słychać było jego szczekanie, które słyszano z krypty kościoła p.w. Wszystkich Świętych w Ludrovej, do którego dostał się tajemniczym podziemnym przechodem.










Freski na ścianach ludrovskiego kościoła


Należał do Templariuszy?


To, że kościół w Ludrovej jest niezwyczajną budowlą wskazuje także jego niezwykła architektura, która ma niezwykłe właściwości.
- Słowaccy astronomowie – Vladimír Karlický i Eva Stopková – napisali w swoim studium pt. „Astronomiczna orientacja kościołów na Słowacji” o fascynującej projekcji, do której dochodzi w świątyni p.w. Wszystkich Świętych. Według nich, gra światła padającego z okien może ukazywać religijne a także historyczne wydarzenia. Na ścianie kościoła widzimy tryptyk ukazujący życie Jezusa Chrystusa, na który w czasie całego Adwentu (w czasie juliańskim) pada okienne światło – w przybliżeniu od godziny 08:55 do 09:15 CET – a zatem w czasie odprawianej mszy.










Freski - cd.


Znak krzyża


Miloš Jesenský pokazuje nam w kościele także tzw. konsekracyjne krzyże, które namalowano przy konsekracji kościoła.
- Nie trzeba zbyt wiele fantazji, aby w nich zwiedzający nie rozpoznał symboli templariuszowskich – twierdzi historyk i publicysta, który jest przeświadczony o tym, że kościół ten jeszcze nie pokazał swoich największych tajemnic…

*

Gdzie mogliby być Templariusze na Słowacji? Starzy kościelni historycy z XVIII i XIX wieku wspominają, że siedziby Templariuszy na Węgrzech[2] to Orawski Zamek i Blatnicki Zamek, wieś Martinček czy Sučany. Kanonik Damian Fixhoffer (1741-1814) jako budowle templaryjskie wymienia Likavský Hrad i kościół Wszystkich Świętych w Ludrovej. Poza nimi do Templariuszy należały także Slovenská L’upča, Sklené Teplice, Ilava, Krušovce czy Banská Stiavnica.[3] 








Krzyże konsekracyjne, chór i donator kościoła


Moje 3 grosze


Wiele słyszałem od dr. Jesenský’ego na temat Ludrovej i tego niezwykłego kościoła. Wreszcie w dniu 17.VI.2012 roku pojechałem tam wraz z żoną, by go zobaczyć na własne oczy.

Pogoda nam sprzyjała – na bezchmurnym niebie lśniło ogniste, górskie słońce, pola pachniały kwiatami i warzywami. Kościół stoi na niewielkim wyniesieniu, otoczony jest lipami dającymi miły cień. Przypomina swą bryłą kościółki we Francji i… Gruzji! I nie tylko tam.

Wnętrze jest przestrzenne i niemal puste jeżeli nie liczyć prostego kamiennego ołtarza i kilku ławek dla wiernych. Kolorowe freski przyciągają wzrok i przykuwają uwagę. Warto je obejrzeć. Tchnie od nich mroczna tajemnica. Zresztą w całym kościele czuje się atmosferę wieków i tajemniczości, na każdym z nich dostrzega się symbolikę chrześcijaństwa ezoterycznego – coś, czego próżno by szukać w dzisiejszych molochach z betonu i szkła, a które kościołami są tylko z nazwy. Poza tym tutaj czuje się obecność silnych indywidualności, które tutaj właśnie doznawały duchowego oczyszczenia i wytchnienia po trudach walk.

Czy legendy o templariuszowskich skarbach mają jakieś podstawy? Oczywiście! Nie zapominajmy, że Templariusze byli fantastycznie bogaci – co stało się w końcu przyczyną ich zguby – i te bogactwa inwestowali w rozbudowę swej infra- i ultrastruktury: zamki, twierdze, gospodarstwa, drogi… Ale czy wszystkie? Oczywiście nie – część z nich musiała być skomasowana i stezauryzowana na wszelki wypadek niespodziewanych wydatków. I tych właśnie środków poszukuje się od fatalnego piątku, 13.X.1307 roku…

A gdzie można było je ukryć? We Francji? Nie bardzo, bo tam grasowali agenci króla i papieża. Część z nich na pewno popłynęła za morza – do Nowego Świata, na Mauritius czy wreszcie do Afryki. Polecam ciekawe opowiadania Daniela Laskowskiego z cyklu „Mroki Europy”.[4] Część z nich mogła wreszcie zostać przetransportowana tam, gdzie król i papież nie mógłby ich dosięgnąć. Takim miejscem były właśnie Węgry i Słowacja, znajdujące się wtedy, podobnie jak Polska, na skraju znanego świata.

W moim referacie na Sympozjum Naukowe „Zakon Templariuszy w Europie w kontekście historycznego rozwoju Żylińskiego Kraju” wygłoszonym w dniu 13.III.2013 roku w słowackiej Bytčy[5] postawiłem hipotezę, że największa relikwia wszech czasów – święty Graal – został ukryty właśnie na Słowacji i tam poszukiwano go przez wiele lat. Uzasadnienie jest proste – Słowacja jest idealną skrytką dla takich artefaktów. Góry, jaskinie, zamki i gęste lasy stanowiły doskonałe miejsca, w których można by ukryć nie tylko Graala, ale całe zbiory Luwru, Prado, National Gallery, Galerii Trietiakowskiej i Ermitażu razem wziętych… Szukali go Czesi, Niemcy, Żydzi... Czy został znaleziony? – tego nie wiem. Ale jestem pewien, że właśnie tutaj, wśród lasów i gór Słowacji, Templariusze ukryli niejedną swoją tajemnicę.

Na zdjęciach widzimy kościół w Ludrovej oraz odbudowany także zamek Strečno i ruiny Starego Hradu – miejsca, które związane są z obecnością Templariuszy na terytorium Słowacji. 

Foto - R.K.F. Leśniakiewicz