piątek, 19 stycznia 2018

Ostatnia załoga „Węża Midgarda”



Iwan Barykin


O tajnym statku podziemnym Wąż Midgard (Midgard Schlange) opowiedział mi mój znajomy Walter Schulke, były SS-Haupsturmführer, któremu ongi pomogłem odszukać grób jego krewnego, który poległ w 1942 roku pod Stalingradem.


Powietrzna wojna przeciwko podziemnej


W 1993 roku, niemiecki inżynier Werner von Horner (???) opatentował swój statek podziemny, a dokładniej podziemną łódkę. Jej projekt został od razu utajniony i odłożony a/a do archiwum. W 1940 roku inżynier spotkał się z płk hrabią Klausem von Stauffenbergiem, który był przywódcą spisku przeciwko Hitlerowi z dnia 20.VII.1944 roku. Opowiedział on hrabiemu o swym wynalazku, a ten powiadomił o nim dowództwo Wehrmachtu. W tym czasie Niemcy szykowały się do inwazji na Wielką Brytanię (Operation Seelöwe). Poruszające się pod ziemią statki byłyby w stanie przewieźć pod Kanałem La Manche grupy dywersyjno – rozpoznawcze. Von Hornerowi wydzielono gigantyczne środki na realizację tego projektu.

Podziemna łódka von Hornera mogła wziąć na pokład 5 osób załogi, jej payload wynosił 3400 kg i przemieszczała się pod ziemią z prędkością 7 km/h. Jednak że projekt ów zatrzymał się na etapie eksperymentów laboratoryjnych. Wszechmocny w tym czasie szef Luftwaffe Reichsmarschall Goering przekonał Hitlera o braku perspektyw dla tej podziemnej maszyny. III Rzesza postawiła na wojnę powietrzną i projekt von Hornera został zamknięty.


Los „Smoka Gorynycza”


Jeszcze jeden projekt statku podziemnego był niezależnie od von Hornera opracowany w 1934 roku przez innego Niemca, inż. Rittera. Jego podziemna łódka Midgard Schlange była nazwana tak na cześć mitycznego węża ze skandynawskich sag, strzegącego Ziemi. według pomysłu konstruktora, jego „Wąż” mógł poruszać się pod ziemią, pod wodą i na powierzchni ziemi, a co najważniejsze – mógł on niepostrzeżenie dostarczać na terytorium nieprzyjaciela wielkie ilości materiałów wybuchowych w celu wysadzania w powietrze brytyjskich portów po ichniej stronie La Manche i pod francuską obronną Linię Maginota.

Ritter zaproponował zbudowanie 20 podziemnych krążowników za 30 mln RM każdy. W jego mniemaniu, one byłyby w stanie wygrać wojnę z Francją i Anglią, a następnym krokiem byłby atak na Wschód. Jednakże projekt Rittera wywołał ostrą krytykę ze strony specjalistów, a przede wszystkim ze względu na jego koszty. W lutym 1935 roku, Midgard Schlange został zwrócony konstruktorowi celem dopracowania. Co stało się z nim dalej – tego nie wiadomo. Jednakże już po wojnie w sztolni w pobliżu Königsberga (dziś Kaliningrad) znaleziono szczątki wysadzonej w powietrze konstrukcji gigantycznej gąsienicy.[1] Istnieje przekonanie, że inżynier kontynuował swe prace, ale nie zdążył ich dokończyć ze względu na szybkie postępy wojsk radzieckich.

Statek podziemny Rittera został dokładnie zbadany przez radzieckich specjalistów. „Wąż” składał się z kilku przedziałów, podobnie jak wagony pociągu. Każdy przedział miał rozmiary 7 x 7 x 3,5 m wysokości. Długość „pociągu” wynosiła ok. 500 m. Na jego przedzie znajdowała się gigantyczna głowica wiertnicza z czterema 1,5-metrowymi wiertłami, które były napędzane przez 14 potężnych silników elektrycznych. Prąd do ich napędu wytwarzały potężne generatory Diesla. Na jego uzbrojeniu było 100 min o wadze 250 kg każda i ok. 1000 o wadze 10 kg na mniejsze cele oraz 12 km MG do obrony naziemnej „Węża”.

Do operacji podziemnych, „Wąż” był uzbrojony w dwie torpedy i pociski do wysadzania warstw skalnych w celu ułatwienia poruszania się w nich. Na jego pokładzie znajdowała się kuchnia dla załogi, sypialnia dla 60 osób, trzy warsztaty remontowe, kilka peryskopów do obserwacji otoczenia, radiostacja, butle ze sprężonym powietrzem, urządzenie ratunkowe dla 30 osób, które przebijało się ku powierzchni w przypadku awarii. Pod ziemią „Wąż” mógł poruszać się w prędkością 3 km/h w kamienistym gruncie, 10 km/h w miałkim, pod wodą 3 km/h - przy całkowitej masie całego urządzenia wynoszącej 60.000 ton.
- Istnieją dowody na to, że Midgard Schlange (u nas w Rosji nazywano to Smok Gorynycz – widocznie z podobnej bajki) został rzeczywiście skonstruowany i przetestowany w realnych warunkach – twierdził Walter Schulke. Mój bezpośredni przełożony, któremu podlegał nasz batalion w Peenemünde zabrał mnie ze sobą na te badania. One miały miejsce w całym 1944 roku w Prusach Wschodnich w okolicach Königsberga. Niestety, zakończyły się niepowodzeniem, a nawet tragedią. Padła hydraulika i coś tam jeszcze, o czym mam smutne wspomnienie. Załoga podziemnego krążownika została pochowana w głębinach Ziemi. Po kilku latach, kiedy rozkopano miejsce tej strasznej tragedii, to członkowie załogi – wszystkich 11 załogantów z dowódcą SS-Standartenführerem Klotzke, wyglądali jak żywi. Ich zalała jakaś ciecz, która zadziałała jak balsam... 


Statek podziemny Treblewa


Podziemne pojazdy konstruowane były w wielu krajach. Jako jeden z pierwszych do subterranu miał się dostać jeszcze w latach 30-tych radziecki konstruktor Treblew. Według jego słów, zastosował on pomysł jaki widział u kreta. Kret ryje ziemię łapami i głową raz w prawo – raz w lewo przepychając się przez ziemię tylnymi łapami. W przedniej części swego statku Treblew umieścił potężne wiertło, zaś z tyłu cztery siłowniki, które pchały pojazd do przodu. Pośrodku urządzenia znajdował się ślimak, który wypychał urobek skalny do tyłu. Świder pracował z prędkością 300 rpm, a prędkość całego pojazdu wynosiła 10 m/h. Kierował nim jeden człowiek. Zasilanie maszyna otrzymywała kablem z powierzchni ziemi. Próby pojazdu podziemnego przeprowadzono na uralskiej górze Błagodat’ w 1946 roku. Maszynę tą można było wykorzystać przy kopaniu tuneli dla komunikacji miejskiej, w po0szukiwaniach geologicznych, jednakże konstrukcja okazała się być niezbyt udaną i prace nad projektem zawieszono.


„Bojowy Kret”


Jesienią 1964 roku w prasie ukazała się wzmianka o próbach radzieckiego podziemnego pojazdu Bojewoj Krot – „Bojowy Kret”. Metodą dostarczenia energii temu podziemnemu kompleksowi zajął się prof. G.I. Babat. To on właśnie zaproponował wykorzystanie wysokoczęstotliwościowych fal radiowych. Projektem podziemnego pojazdu zainteresował się sam Nikita S. Chruszczow marzący o tym, by „dostać się do imperialistów spod ziemi”. Pierwsza próba Bojewowo Krota na Uralu była pomyślna. Podziemna łódka przeszła przez górę z prędkością piechura. Ale przy drugiej próbie pojazd z niewiadomych przyczyn eksplodował w głębinach Ziemi i został tam wraz z załogą. O tym nigdy i nigdzie nie poinformowano publiczności.

Wedle niektórych relacji, Kret był napędzany silnikiem atomowym. Poruszał się z prędkością 7 km/h i mógł nieść ze sobą tonę materiału wybuchowego w celach bojowych. Poza zniszczeniem podziemnych bunkrów i silosów ICBM nieprzyjaciela, Kret mógł być wykorzystany do skrytego podpełźnięcia pod terytorium Kalifornii i podłożenia fugasów jądrowych pod newralgiczne obiekty w USA. A do tego efekty działania Kreta można było spisać na jakieś lokalne silne trzęsienie ziemi.

Próby były ściśle taj od samego początku. Za Breżniewa projekt Bojowego Kreta został zamknięty.

A jednak Krety mogły być wykorzystane przy likwidacji efektów katastrofy jądrowej w Czarnobylskiej EJ. Mowa tu o konserwacji podziemnej części zrujnowanego reaktora tak, by radioaktywna pulpa nie wpadła do wód gruntowych. Z pomocą przyszli Niemcy. To właśnie ich maszyny wykopały wokół podziemnej części reaktora nr 4 sztolnie, którymi zeszli w dół ich specjaliści i zamurowali „kociołek”. A przecież to my mogliśmy z takim samym efektem wykorzystać nasze pojazdy podziemne…


Źródło – „Archiw XX wieka”, nr 3/2017, ss. 26-27
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   



[1] W powieści pt. „Proxima” jej autorzy – Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka opisali podobne statki podziemne eksplorujące wnętrze planety Proximy Centaura. Podobny statek opisali także radzieccy i amerykańscy autorzy powieści sci-fi w latach 50. i 60. XX wieku.

czwartek, 18 stycznia 2018

Won z GMO!



Dwie BARDZO WAŻNE sprawy:

1. Głosuj na Edytę Jaroszewską-Nowak, wspaniałą rolniczkę, z którą od lat walczy o Polskę wolną od GMO i dobrej jakości żywność.
Edyta otrzymała nominację Kapituły Redakcji "Głosu Koszalińskiego" do tytułu Osobowość Roku 2017 w kategorii: "Samorządność i społeczność lokalna". Kapituła doceniła pierwsze w Polsce referendum dotyczące zakazu GMO, którego "głównym motorem" była Edyta.
Plebiscyt można śledzić na stronach serwisu pod adresem http://www.gk24.pl/plebiscyty/czlowiek-roku/a/osobowosc-roku-2017-powiat-swidwinski-aktualne-wyniki,12827850/
UWAGA! Zagłosować może każdy wysyłając SMS pod nr 72355 o treści GKSS.50
Głosowanie potrwa do 6 lutego do godziny 22.

2. Jak wiecie zakończyły się prace w Komisji nad rządowym projektem ustawy o GMO (*), w którym jest wiele furtek umożliwiających uprawy GMO. UWAGA! Teraz ten projekt będzie głosowany w sejmie, prawdopodobnie na posiedzeniu w dniach 25 i 26 stycznia 2018 r. Głosować będą wszyscy posłowie.

KONIECZNIE!!! umów się na spotkania z posłami ze swojego okręgu wyborczego i domagaj się:
- głosowania za Polską wolną od GMO,
- zgłaszania poprawek, których domagała się strona społeczna (**) a które zostały odrzucone przez Komisję,
- w przypadku posłów PiS dotrzymania przedwyborczych obietnic (korzystajcie np. z tego pod ***)
Jeśli nie uda się osobiste spotkanie z posłem/posłami/ to zadzwoń/napisz do posłów domagając się powyższego.

(*) Końcowe posiedzenie Komisji odbyło się 10.01.2018
Projekt ustawy o zmianie ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych oraz niektórych innych ustaw
http://orka.sejm.gov.pl/Druki8ka.nsf/0/69E80A08C65303A4C12580EC006B8088/%24File/1424.pdf

SPRAWOZDANIE PODKOMISJI NADZWYCZAJNEJ
http://orka.sejm.gov.pl/opinie8.nsf/nazwa/spr_1424/$file/spr_1424.pdf

(**)Znaczenie ustawy o zmianie ustawy o GMO i jakich poprawek strony społecznej posłowie nie chcieli uchwalić na posiedzeniu dn. 10.01.2018
http://www.icppc.pl/antygmo/wp-content/uploads/2018/01/ozmianieustawy.doc

Poprawki strony społecznej do ustawy o GMO
http://www.icppc.pl/antygmo/2018/01/poprawki-strony-spolecznej-do-ustawy-o-gmo/

(***)Jeszcze w 2011 r. sam Jarosław Kaczyński deklarował:


"Jednocześnie składam publiczne przyrzeczenie i zobowiązanie: jeśli Prawo i Sprawiedliwość wygra najbliższe wybory i stworzy większość parlamentarną, całkowity zakaz upraw roślin GMO w Polsce wprowadzimy niezwłocznie!"
http://niezalezna.pl/14812-kaczynski-wprowadzimy-zakaz-upraw-gmo
W 2011 "Lider PiS odwołał się również do Polaków: „Wyrażam wdzięczność i szacunek dla tysięcy Polaków, działaczy organizacji społecznych i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy aktywnie protestują przeciw tej złej ustawie i domagają się od Prezydenta RP odmowy jej podpisania. W pełni solidaryzuje się z tymi protestami i mam nadzieję, że okażą się one skuteczne."
dalej w 2011
"Jarosław Kaczyński wyraźnie popiera zakaz upraw genetycznie modyfikowanych w Polsce. Zdaniem prezesa: „W słowach polityków koalicji (chodzi o PO i PSL) słyszę nierzadko, że są przeciw GMO, niestety w czynach niebezpiecznie otwierają Polskę na to zagrożenie. Jest to postawa pełna politycznej hipokryzji, wskazująca, że obecna koalicja i rząd bardziej dbają o interesy wielkich koncernów, niż o zdrowie i bezpieczeństwo Polaków”.
http://wolnapolska.pl/index.php/Ekologia-zdrowie/2011082014421/kaczyski-jeli-wygra-pis-zakaemy-upraw-gmo/menu-id-177.html

LINK DO UDOSTĘPNIENIA WIADOMOŚCI NA FB:
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=2087382351288793&id=146621302031584

środa, 17 stycznia 2018

Kłamstwa nad wrakiem MF „Jan Heweliusz”

MF Jan Heweliusz przy Nabrzeżu Władysława IV w Świnoujściu po pożarze we wrześniu 1986 roku 

To już 25 lat minęło w dniu 14.I.2018 roku, odkąd tzw. „kolejarz”, statek ro-ro, MF Jan Heweliusz spoczął na dnie Zatoki Pomorskiej. Mimo upływu lat i dwóch spraw sądowych, do dziś dnia nie wiadomo do końca, co stało się przyczyną tej tragedii, w której zginęło 20 załogantów i 35 pasażerów. Uratowało się tylko 9 członków załogi. Tragedia ta miała miejsce na akwenie Zatoki Pomorskiej w dniu 14.I.1993 roku, o godzinie 05:12, na wschód od wyspy Rugii. Wrak spoczywa na dnie na lewej burcie, na pozycji N 54°36’58” – E 014°13’16”, na głębokości 25 m. Wrak jest oznakowany boją „JH”. Tyle podaje Wikipedia i inne źródła.

Kilka dni temu na portalu Onet.pl i w „ANGORZE” pojawił się artykuł na temat tej tragedii pod znamiennym tytułem: „Grobowiec nielegalnych imigrantów?” Oczywiście winnymi tragedii zrobiono – jak zwykle w takich przypadkach – kapitana i oficerów promu. Wiadomo – ofiara katastrofy nie żyje i bronić się nie może, więc najlepiej zwalić na nią winę i sprawę zamknąć. Moralnie to bagno, ale nie pierwsze i nie ostatnie w tym kraju.

Prywatne dochodzenie Marka Błusia ponoć miało powiązać tragedię promu z przemytem broni na promach Euroafrika Shipping Lines Co. Ltd. Służyłem w Wojskach Ochrony Pogranicza i w latach 1978-1987 pracowałem na stanowisku starszego kontrolera, a potem kierownika zmiany Granicznej Placówki Kontrolnej w Świnoujściu – Bazie Promów Morskich PŻB. Przez cały ten okres krążyły plotki o przewożonej tranzytem ze Szwecji na Bliski Wschód broni dla Izraela i krajów arabskich. I przez te dziewięć lat ani razu nie zdarzyło się nam wykryć czegoś takiego. To oczywiste, bowiem czegoś takiego nigdy nie było. Szwecja jest jednym z największych eksporterów broni na świecie – koncerny takie jak Bofors A/B, Nobel Dynamiten A/B, SAAB czy Volvo A/B eksportują swe produkty, ale odbywa się to innymi drogami, niż polskie promy morskie.

Podobnie rzecz się miała w przypadku polskiej broni, którą wywożono polskimi statkami, ale nie na promach. Przedstawiona wersja jest – mówiąc oględnie – idiotyczna, ale za to jakże radująca serca wielbicieli Spiskowej Teorii Dziejów! Broń made in Poland pływała, ale zupełnie innymi statkami i na innych liniach oceanicznych. Ładunki idące na prom były dokładnie kontrolowane na Bazie Promów Morskich i prędzej czy później musiałoby dojść do wpadki, a takiej nie odnotowano.

Argument, że nie podnosi się wraka promu dlatego, że może być tam broń nie wytrzymuje krytyki chociażby dlatego, że wrak był wielokrotnie penetrowany i szabrowany przez niemieckich płetwonurków, i gdyby tam znajdowała się broń, to niemieckie media roztrąbiłyby o tym na cały świat. Tymczasem niemieckie media milczą na ten temat. A może są w zmowie z WSI? A może to była sprawka NATO? – co łaskawie poddaję wszystkim fanom STD…

A zresztą to godzi się przypomnieć fanom STD jeszcze jedno tajemnicze wydarzenie. Także dnia 14.I.1993 roku w podkrakowskich Jerzmanowicach doszło do tajemniczego wybuchu jakiejś bomby lotniczej – prawdopodobnie z generacji E, które potem poleciały na Belgrad. Czyżby na pokładzie Jana Heweliusza znajdowały się bomby E wyprodukowane w Polsce i mające być zrzucone na Jugosławię? Kto wie??? 

Co do transferu nielegalnych „migrantów”, to również sprawa jest bardzo wątpliwa. Promy morskie usiłowano wykorzystać do nielegalnego przekroczenia granicy Polski Ludowej. Zazwyczaj numery wychodziły tylko raz – potem już nie, bo my też się szybko uczyliśmy… Znany był numer uciekiniera, który przywiązał się do kadłuba promu i myślał, że dopłynie w plastykowym worku na holu do Szwecji. Kiedy wyciągnięto go z wody dziękował wopistom za uratowanie mu życia. Inny ukrył się w ciężarówce załadowanej… kośćmi wołowymi z jakiejś rzeźni. Kiedy go wyciągnęliśmy był niemal zatruty wyziewami rozkładu. Pojechał do szpitala. Jeszcze inny omal nie zamarzł na śmierć w przyczepie wiozącej ciekły hel w płaszczu z ciekłego azotu. Skończyło się na odmrożeniach III stopnia. I tak dalej i temu podobnie.

Czasami się udawało, jak braciom Zielińskim w 1985 roku. Potem przeżyliśmy nawałę młodocianych ucieczkowiczów, dziennie dochodziło do 15-20 zatrzymań małolatów, którym marzyła się wolność na Zachodzie – najczęściej od odpowiedzialności za pały na świadectwie i prześladowaniami ze strony paska ojca. Tacy to i byli „bochaterowie” w walce o „wolną” Polskę – jak to opisywała zachodnia i polska prasa opozycyjna. Rychło zresztą okazało się, że nie o „wolną” Polskę im chodziło, ale o kasę i łatwe życie na Zachodzie.

Mieliśmy również normalnych „migrantów”. Na początku lat 80-tych ruszyły na północ hordy „migrantów” z Turcji i Kurdystanu. Szwedzi najpierw ich przyjmowali, ale kiedy strumień „migrantów” zamienił się w rzekę – po prostu zamknęli przed nimi granice i nie wpuszczali nikogo. Odsyłani Turcy i Kurdowie nie mieli wiz na pobyt w Polsce i dopiero krakowskim targiem uzgodniono, że będą oni wysyłani do Berlina Zachodniego via NRD. I tak też zrobiono – w 1987 roku turecko-kurdyjski potop się definitywnie skończył. Teraz po latach myślę, że języczkiem u wagi stał się zamach na premiera Olofa Palmego, którego zastrzelono na Sveavägen[1] w Sztokholmie, pamiętnego wieczoru 28.II.1986 roku. Jedna z wersji śledztwa dotyczyła właśnie „śladu kurdyjskiego”. NB, do dziś dnia nie wiadomo, kto pociągnął za spust i kto stał za plecami zamachowca… Jestem przekonany, że jest tak, jak w przypadku zabójstwa J.F.K. – morderstwo to jest tajemnicą stanu.

Odnosząc się do kanadyjskich rewelacji, to poważnie wątpię, by opierały się na prawdzie. Powiem więcej – to jakaś wredna prowokacja ze strony „bratnich kanadyjskich służb” 😉. Problem polega na tym, że nielegalne przerzucenie większej ilości ludzi przez granicę w wagonach kolejowych wymagałoby zbyt wiele zachodu i inwencji. Pomijając już fakt, że wagony w Świnoujściu były dokładnie kontrolowane właśnie pod kątem wyjazdu w nich blindpasażerów, a załoga po wyjściu z portu również kontrolowała klarowność promu. Takich nielegalnych transportów nie dałoby się ukryć przed WOP czy Strażą Graniczną oraz Urzędem Celnym.

Żywię brzydkie podejrzenie, że Kanadyjczycy, którzy całą aferę rozpętali, w czasie pobytu w Świnoujściu zabijali czas w tamecznych knajpach nie stroniąc od napojów „wysokoskokowych”… 😉 Stąd te wszystkie „rewelacje”, „fakty” i plotki, które podali jako fakty.

Prawdą jest, że we wczesnych latach 90-tych Polska przeżywała najazd Romów z Bułgarii i Rumunii, którzy pchali się do Niemiec po socjal i łatwe życie. Stanowili oni grupę tzw. „cudzoziemców uciążliwych”, którzy po przekroczeniu naszej południowej granicy gnali na zachód i tam pchali się przez Odrę do Niemiec czy via promy do Szwecji i Danii. Ale znowu – nie da się ukryć tego, że ktoś wszedł nielegalnie do samochodu osobowego czy wagonu. Nie mówiąc już o tym, że w przypadku udanego nielegalnego przekroczenia granicy Szwedzi z miejsca odesłaliby delikwentów do Polski z odpowiednim „misiaczkiem” w paszporcie. Podobne czekałoby delikwenta, który by wyrzucił czy zniszczył swój dokument.

A może Kanadyjczycy uzyskali swe rewelacyjne informacje od Romów? No cóż – stare przysłowie mówi, że „Cygan kłamie nawet wtedy, kiedy mówi prawdę”. Tak czy owak, albo Kanadyjczycy zmanipulowali informacje o rzekomych cygańskich gangach działających w Polsce, albo sami zostali zmanipulowani. Wprawdzie w Świnoujściu mieszkają polscy Romowie, ale poważnie wątpię czy zorganizowaliby aż tak sprawnie działający gang przemytników swoich pobratymców do Szwecji, dysponujący niezbędną techniką, jak np. ARAMCO.

Wydaje mi się, że cała ta sprawa jest dęta i opiera się tylko na kanadyjskich „rewelacjach”. Niedobrze mi się robi, kiedy żądni sensacji pismacy usiłują jeszcze coś wycisnąć dla siebie z tej tragedii. Niech te dziennikarskie hieny dadzą już spokój tym ludziom i ciszej nad tym wrakiem!

A co do Jana Heweliusza, to był to typowy unlucky ship, który miał pecha. Co chwilę zdarzały się jakieś mniej czy bardziej poważne awarie, a w 1986 roku wybuchł na nim niebezpieczny pożar. Pisało się wtedy o klątwie Heweliusza, która wisiała nad tym statkiem. Coś w tym jest, bo we wrześniu 1986 roku wybuchł na nim pożar. Traf chciał, że w tym samym dniu grupa naukowców otworzyła w Gdańsku grób słynnego astronoma i… piwowara! Tej nocy także był silny sztorm, który podsycał płomienie. Temperatura na pokładzie samochodowym, jak obliczyli specjaliści z PSP, wynosiła 1200°C! Kiedy wszedłem na pokład promu, miałem wrażenie, że znajduję się w przedsionku Piekła. Sadza ze spalonego polietylenu mieszała się z szynkami i bekonami rozrzuconymi na pokładzie, a grube płyty poszycia i pokładu zwinęły się w sople i festony, no i ten potworny smród palonego mięsa…

Miejsce spoczynku Jana Heweliusza

Ale tu było działanie czysto ludzkie, i także i w tym przypadku jestem zdania, że wyjście z portu krytycznego wieczoru przy wietrze o sile 12°B to było czyste szaleństwo. Wiatr i fala w swym synergicznym działaniu doprowadziły najpierw do przemieszczenia się ładunku, a potem do wywrócenia się promu do góry stępką. Nie było żadnego UFO czy USO – jak to sugerowałem ongi – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2015/01/mf-jan-heweliusz-unlucky-ship.html . Ot i wszystko. A wszelkie brednie wyssane z palców wielbicieli STD to już są tylko miejskie legendy, w które nikt rozsądny nie wierzy.[2]

Tylko że coraz mniej rozsądnych ludzi jest w tym kraju…  


Komentarze z KKK


Ciekawa sprawa, ale uważam jak Ty. To po prostu zwykła tragedia - wypadek na morzu jakich wiele no i nieroztropność armatora, który wypuścił statek w taki sztorm. (K A ZE K)

To oczywiste, że ten prom MUSIAŁ pójść na dno, a za dupę bym wziął armatora, który zezwolił na rejs. Ale najlepiej wieszać zdechłe psy na umarłych, bo juz nic nie powiedzą, a ekspertyzy można kupić - wszak PLO do biednych nie należały... Pływałem po świecie i wiem, jak wygląda dwunastka na Bałtyku - to jeszcze coś gorszego niż na oceanie. Ten statek miał cholernie nieaerodynamiczną bryłę i napór wiatru musiał na niego oddziaływać z ogromnymi siłami. Wystarczyło jedno solidne uderzenie fali, jeden większy przechył, by przemieścił się ładunek. I to był koniec. Ale dla kochających sensację pismaków to jest kompletnie niezrozumiałe - lepiej brzmią sensacyjne opowieści i bajeczki służb (ciekawe jakich? RCMP? Może CIA?) Może zamiast zajmować się smoleńskimi dubami smalonymi, przeznaczyć trochę kasy na podniesienie wraku i definitywne zakończenie sprawy? (Daniel Laskowski)

        

wtorek, 16 stycznia 2018

Kuzkina mat’

N.S. Chruszczow walący butem na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ


Anatolij Burowcew


Słowniki mówią, że użyte w tytule rosyjskie idiomatyczne wyrażenie, jak i jego rozwinięcie – pokazat’ kuzkinu mat’ – oznacza groźbę (czasami ironicznie lub żartobliwie) pod czyimś adresem. Językoznawcy przytaczają pięć wariantów tego wyrażenia. Jednakże my zamierzamy opowiedzieć nie o wynikach filologów i lingwistów, ale o pewnym całkiem materialnym obiekcie, szeroko znanym (w wąskich kręgach) pod nazwą Kuzkina mat’, przy czym pochodzenie takiej nazwy w danym wydarzeniu rozumie się jednoznacznie.

Kuzkina mat'...

Dnia 12.X.1960 roku, przywódca państwa radzieckiego Nikita Siergiejewicz Chruszczow występujący na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ z gniewną mową zagroził imperialistom, a w szczególności USA, pokazaniem kuzkinej mati. I pokazał. Wprawdzie imperialistom przyszło czekać na to prawie dwa i pół roku. Kuzkina mat’ pokazała się światu jako najstraszniejsza w historii Ludzkości bomba wodorowa (H) o mocy ponad 50 Mt TNT. Teraz, po upływie ponad pół wieku, kiedy wreszcie zdjęto z niej woal tajemnicy nad tymi dalekimi latami, można opowiedzieć o tym, co się wtedy zdarzyło.

...i moment jej zrzutu na poligon Czornaja Guba...

Obiekt-700


Wiadomo, że na początku atomowego wyścigu liderowały Stany Zjednoczone, a w roli doganiającego był ZSRR. Jednakże już w połowie lat 50-tych ubiegłego wieku, rywale zbliżyli się i walka o przewodnictwo toczyła się ze zmiennym szczęściem. Zimna Wojna nabrała tempa. W tych latach Związek Radziecki w morderczym tempie zbudował tzw. Obiekt-700 – istniejący i działający do dziś dnia Centralny Poligon Nuklearny. Rozmieszczono go w oddali od postronnych oczu na wyspie Południowej archipelagu Nowa Ziemia, nieopodal Biełuszej Guby – „stolicy” archipelagu (N 32°32’26,52” – E 052°19’05,89”). We wrześniu 1955 roku tutaj właśnie – w Czornej Gubie (N 70°42’ – E 054°36’) przeprowadzono pierwszą podwodną próbę jądrową. Stopniowo centrum jądrowych eksperymentów przenosiło się z Kazachstanu na Północ. Jądrowe wybuchy przeniosły się z głębi na powierzchnię Ziemi, a także nad jej powierzchnię – w atmosferę i pod wodę. Wszystkiego przeprowadzono prawie 150 wybuchów jądrowych i termojądrowych różnych rodzajów i mocy.

Nowa Ziemia...
...i jej poligony atomowe

Przyjmowane na uzbrojenie ładunki posiadały rozmiary i kształty dostosowane do możliwości samolotów bombowych: 2,5 Mt bomby H nie odróżniały się niczym od zwyczajnych półtonowych bomb lotniczych i bez problemu mieściły się w komorach bombowych radzieckich maszyn Tu-16. Samoloty tego typu z eskadry stacjonującej pod Połtawą Samodzielnego Korpusu Lotnictwa Bombowego Dalekiego Zasięgu wykorzystywano także do testów na Nowej Ziemi. Kiedy przyszło dokonać napowietrznego wybuchu o mocy 2,5 Mt, samolot-nosiciel wystartował z bazy lotniczej w Olenia na Półwyspie Kola.


Gigantyczny grzyb


Dowódcy korpusu gen. W.W. Reszetnikowowi udało się dopiąć tego, żeby przy próbach wektora tej broni uczestniczył cały pułk takich bombowców. Uważał on bowiem, że bojowi lotnicy powinni w praktyce zobaczyć jak wygląda wybuch jądrowy. I tak 27 samolotów, które wyleciały spod Nowgorodu, potkało się w zadanym miejscu z samolotem-nosicielem bomby i towarzyszyły mu w odpowiedniej odległości, na wysokościach od 9000 do 12.000 m. Maszyną prowadzącą tej grupy dowodził sam gen. Reszetnikow. Później opowiadał on o swych wrażeniach z tego lotu. Kiedy bomba wybuchła, to spod chmur wypełzła ogromna biała kula, która ciągnęła za sobą biały słup. Grzyb poeksplozyjny osiągnął wysokość 30.000 m! Samoloty asysty zatoczyły wokół niego krąg w bezpiecznej odległości. Niektórzy co gorliwsi piloci chcieli podlizać się generałowi chcieli przelecieć pod kapeluszem grzyba, ale im na to nie pozwolono. Grzyb, wedle opowiadania generała, był nadzwyczaj piękny: był on różowo-błękitny, pastelowy i przypominał ogromny mieczyk. Wszystko na niebie świeciło i luminizowało. Ale lubować się tą feerią nie można było długo – do samolotów dotarła fala uderzeniowa, która zaczęła nimi trząść we wszystkich płaszczyznach. Na szczęście pilotom udało się opanować rozbrykane maszyny i wszystkie samoloty – w tym nosiciel bomby – powróciły szczęśliwie do swych baz. Samo0lot-nosiciel, który był z nich najbliżej epicentrum wybuchu nie odniósł żadnych uszkodzeń mechanicznych, ale spłonęła cała farba na jego kadłubie. Na wszelki wypadek spisaną go ze stanu pułku i przekazano do Muzeum Politechniki Kijowskiej Sił Powietrznych ZSRR.


„Brzemienna maszyna”


To, że to było 2,5 Mt, daleko nie przekraczało możliwości Związku Radzieckiego, i tego nie ukrywano. Wręcz odwrotnie, przeciek informacji na ten temat został zainscenizowany. W „New York Times” jeszcze w dniu 8.X.1961 roku poinformował Amerykanów o czekającym ich superwybuchu i podano nawet orientacyjne daty. Natomiast obywatele radzieccy dowiedzieli się o tym post factum. Eksperyment ten był niejako afiliowany do XXII Zjazdu KPZR. W swoim referacie N.S. Chruszczow obruszył się na imperialistów i powiedział: Dzisiaj mamy najsilniejszą w świecie, 100-megatonową bombę, ale jej nie detonujemy, bo w Moskwie mogą wylecieć szyby. Jak na razie zdetonujemy 50-megatonową. Sala zareagowała na to długimi burzliwymi oklaskami. Kiedy przyszedł czas pokazania światu Kuzkinej mati (do swego historycznego doświadczenia to dziecię akademika A.D. Sacharowa pozostawało bezimiennym), do bazy lotniczej w Oleniu bombę dostarczono specjalnym transportem kolejowym. Nie bacząc na to, że świat wiedział już o mającym nastąpić wybuchu, transport odbywał się przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa. Z Arzamasu-16 wysłano w czterech kierunkach cztery identyczne pociągi. Który z nich transportował bombę, to wiedział jedynie bardzo wąski krąg wtajemniczonych.

Czornaja Guba - miejsce zrzutu i eksplozji Superbomby

Podnieść w niebo Kuzkiną mat’ Tu-16 nie był w stanie. Nieporęczna bomba[1], której długość wynosiła 8 m i była w stanie ledwie zmieścić się w luku bombowym jedynie ciężkiego bombowca Tu-95B Miedwied’Bear w kodzie NATO. Trzeba było przebudować mu kadłub, a i tak część bomby wystawała poza niego. Lotnicy od razu ochrzcili ten samolot „brzemienną maszyną”. Kadłub pomalowano na biało i dokładnie wypolerowano (trzeba było zmniejszyć działanie błysku świetlnego eksplozji). I taki też wzbił się w powietrze w dniu 30.X.1961 roku, o godzinie 09:15 MSK.


Superwybuch


Samolot z załogą 9 ludzi był dowodzony przez mjr pil. Durnowcewa. O godzinie 11:30 po rozkodowaniu i zdjęciu zabezpieczeń (operacja wykonywana przez załogę i naziemny punkt kontroli) bombę zrzucono z wysokości 4000 m, na spadochronie, powierzchnia którego wynosiła 1 km²! W tej chwili pilot dał maksymalne obroty wszystkich 4 silników i oddalał samolot od punktu zerowego eksplozji. Kiedy do niej doszło, samolot był już oddalony o 100 km. Ale od fali uderzeniowej takiej eksplozji nie uciekniesz. Po minucie ona uderzyła w samolot. Pierwszym zobaczył ją (naprawdę zobaczył!) znajdujący się na ogonie strzelec-radiooperator i zameldował dowódcy przez interkom: Nadchodzi fala. Dowódca nie uwierzył od razu, no bo jak można zobaczyć falę uderzeniową w powietrzu? Ale po chwili wszystkie wątpliwości się skończyły. Fala dogoniła samolot i pochwyciła wielotonową maszynę jak pyłek i przeniosła ją na swym grzbiecie potrząsnąwszy solidnie i poleciała do przodu. Na czole fali powietrze było tak zgęszczone, że można je było widzieć. Fala uderzeniowa trzykrotnie obleciała kulę ziemską[2] zanim się uspokoiła. Grzyb atomowy wyrósł na wysokość 67 km, zaś błysk wybuchu widziano w promieniu 800 km. Wszystkie parametry wybuchu były obserwowane, analizowane i notowane przez naziemne służby poligonu. Obliczenia wykazały, że moc eksplozji wynosiła 57 Mt – o wiele przekraczającą moc wszystkich wybuchów w czasie II Wojny Światowej, w tym bomby A, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki.[3]


Silne wrażenie


W tym ekstremalnym locie Miedwiedia, w pewnym bezpiecznym oddaleniu znajdował się Tu-16, z którego prowadzono filmowanie całego wydarzenia. Potem film pokazano Chruszczowowi i członkom Biura Politycznego KC KPZR. Nikita Siergiejewicz zaprosił na pokaz przebywającego w ZSRR szachinszacha Iranu i jego małżonkę. Film wywołał na wszystkich silne wrażenie – nerwy szachinszachowej nie wytrzymały widowiska i zakrywając twarz rękami wybiegła z Sali. Niemniejsze wrażenie wywołał ten film w USA. Po bez mała dwóch latach negocjacji, w dniu 5.VIII.1963 roku, podpisano porozumienie o zaniechaniu prób nuklearnych w trzech środowiskach. Rolę w tym bardzo pożytecznym dla Ludzkości porozumieniu odegrała właśnie Kuzkina mat’.

Andriej D. Sacharow - twórca Car Bomby

Po podpisaniu układu na twórców Car Bomby spadł grad odznaczeń, nagród i wszelkiego rodzaju premii. A.D. Sacharow dostał swoją trzecią Gwiazdę Bohatera Pracy Socjalistycznej, ale z biegiem czasu on diametralnie zmienił poglądy i odszedł od prac nad rozwojem broni jądrowej stając się bojownikiem o jej zupełną likwidację.[4]   


Źródło – „Archiw XX wieka” nr 3/2017, ss. 26-27
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      




[1] Jej masa wynosiła 27 ton. Nosiła ona oznaczenia AN-602 albo RDS-220 zwano ją popularnie Car Bomba.
[2] Podobnie jak po eksplozji Tunguskiego Ciała Kosmicznego w dniu 30.VI.1908 roku.
[3] Inne szacunki mówią o 50 Mt i 68 Mt TNT.
[4] Za co m.in. stał się laureatem Pokojowej Nagrody Nobla w 1975 roku.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Bezużyteczna broń odwetowa

V-1 w locie

Aleksiej Komogorcew


W marcu 1939 roku, Hitler zwiedził Centrum Rakietowe HRVA w Peenemünde. We wrześniu tego samego roku na mityngu w Gdańsku oświadczył on, że wkrótce nadejdzie czas, kiedy Niemcy użyją broni, „której wrogowie nie będą w stanie odeprzeć”. Widać, że rzecz nie była o broni chemicznej, które w tym momencie miał cały szereg państw zachodnich, jak i ZSRR.


Wbrew prognozom


Mało kto na serio myśli o tym, że już w 1944 roku wojska rakietowe Trzeciej Rzeszy aktywnie wykorzystywały rakiety balistyczne i skrzydlate, a w tym samym czasie Alianci nawet nie posiadali czegoś podobnego. Pod koniec tegoż roku, oceniając możliwości rozwojowe silników rakietowych na paliwo ciekłe, przyszły ojciec radzieckiej kosmonautyki S.P. Korolow w memorandum dla Narodowego Komitetu Przemysłu Lotniczego pisał, że: w czasie dwóch następnych lat tylko wspomagające (lotnicze) rakietowe jednostki będą „najbardziej sensowną formą wykorzystania silników rakietowych na paliwo ciekłe”. Niemieckie rakiety balistyczne nie pozostawiły kamienia na kamieniu z tych prognoz.


Pierwsza jaskółka


W dniu 8.IX.1944 roku, o godzinie 18:38 CET, niemieckie wojska rakietowe po raz pierwszy w świecie dokonały odpalenia pierwszej, jednostopniowej rakiety balistycznej V-2/A-4. Była ona opracowana przez niemieckiego inżyniera, SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna. Masa rakiety wynosiła ok. 13 ton, zaś długość 14 m. Ładunek bojowy o masie ok. 1 tony mieścił się w głównym przedziale pocisku. Silnik rakietowy był pędzony 75% alkoholem etylowym i ciekłym tlenem. Maksymalna prędkość marszowa V-2 wynosiła 6120 km/h, zasięg 320 km a wysokość trajektorii wynosiła 100 km. Do grudnia 1944 roku, rakietowe wojska Rzeszy wystrzeliły 1561 pocisków rakietowych, z czego 924 na Antwerpię i 447 na Londyn. Poza Londynem, rakietowy ostrzał dotknął także 13 innych angielskich miast. W różnych obszarach Wielkiej Brytanii spadło jeszcze 537 rakiet. Jednakże bojowa skuteczność V-2 była nadzwyczaj niska. Średnio wskutek eksplozji jednej rakiety ginęły 1-2 osoby. Tym niemniej, techniczne charakterystyki V-2 powodowały to iż były one szczytowym osiągnięciem techniki. Zbudowanie rakiety, a także infrastruktury przemysłowej dla jej skonstruowania, stało się katalizatorem światowego rakietnictwa i stało się środkiem nacisku na rozwój nauk czystych i stosowanych.

Sukcesy Niemców w rozwoju techniki rakietowej okazały się dla Aliantów po prostu oszałamiające. Krajowi i zagraniczni specjaliści nie mogli uwierzyć to, że w połowie lat 40-tych ubiegłego stulecia istniały już tak bardzo zaawansowane konstrukcje i rozwiązania techniczne. Dlaczego zatem tak zaawansowana technologia rakiet V-2 nie okazała się czymś, co zaważyło na losach II Wojny Światowej?

Rakietowe pociski 'V'

Sekretne nadzienie


Wiadomo, że projekt V-2 pochłonął najcenniejsze zasoby wojennej ekonomiki wywołując ostry deficyt w innych działach gospodarki III Rzeszy. W tym czasie niemiecka armia potrzebowała paliwa, a Alianci bombardowali zakłady azotowe, i inne żywotnie ważne zakłady produkcyjne, minister uzbrojenia i przemysłu wojennego Albert Speer na rozkaz Hitlera zaangażował w produkcję V-2 ponad połowę mocy produkcyjnych Rzeszy! Projekt V-2 był wyczerpującym zasoby na potrzeby lotnictwa a także miał ważki wpływ na rozwój lotnictwa, które to problemy pojawiły się w lecie 1943 roku. Podobnie było w przypadku okrętów podwodnych i urządzeń radiolokacyjnych. Największe cięcia pojawiły się w programie rozwoju przeciwlotniczych pocisków odrzutowych.[1] Dlaczego więc tak dalekowzroczny wojenny ekonomista, jakim był Speer dopuścił do tego, żeby projekt V-2 pochłonął tak wielkie zasoby na szkodę innych branży przemysłu wojennego? Zrozumiałym to się stanie, jeżeli zwrócimy uwagę na to, że projektowana masa głowicy bojowej V-2 jak i V-1 (do 1000 kg) była wyliczana przez chemików i… fizyków jądrowych! Oczywiście byłoby dziwnym, gdyby tylokrotnie zapowiadane przez kierownictwo III Rzeszy użycie „broni odwetowej” sprowadzało się do użycie tylko 1 tony zwykłego materiału wybuchowego na pocisk.

Wiadomo, że ani balistyczne, ani skrzydlate pociski nigdy nie były efektywną bronią, bez zastosowania środków masowej zagłady, a w tym kontekście broni jądrowej. Techniczna doskonałość „niejądrowej balistyki” nie była w stanie skompensować jej głównego niedostatku – ogromną różnicę pomiędzy jej siłą niszczącą a kosztami produkcji. […]

Tak więc nie od rzeczy będzie wysnuć tezę, że w Trzeciej Rzeszy istniały plany uzbrojenia rakiet balistycznych V-2 (a być może także skrzydlatych pocisków rakietowych[2] V-1) w głowice atomowe. I tylko w takim kontekście postępowanie Speera uzyskuje jakieś normalne uzasadnienie. W sukurs hipotezy nuklearnej przychodzą dane uzyskane przez brytyjski wywiad, uzyskane jeszcze w 1943 roku, a mówiące o planach zbudowania przez nazistów rakiety wyposażonej w nuklearna głowicę bojową i o zasięgu 800 km.

W 2002 roku, w Moskwie, ukazał się zbiór odtajnionych dokumentów pod redakcją Ł.P. Riabiewa pt. „Atomowy projekt ZSRR”, w którym opublikowano odpowiedź I.W. Kurczatowa na ten temat pod tytułem „O niemieckiej bombie atomowej”, przesłana do GRU Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, w dniu 30.III.1945 roku. W dokumencie tym ojciec radzieckiej bomby A komentuje „opisanie konstrukcji niemieckiej bomby atomowej, przeznaczonej do transportu przy pomocy rakietowego nośnika typu ‘V’.” Radzieckich specjalistów w pierwszym rzędzie rakiety interesowały jako wektor przenoszenia jądrowych głowic bojowych na duże odległości. Tak więc przyswojenie sobie niemieckich technologii rakietowych było podciągnięte szczególnie pod radziecki program jądrowy.


Pół kroku za horyzont…


A między innymi, wraz z rakietą V-2 niemieccy rakietowcy z ogromnym pośpiechem pracowali nad planami innego wektora ładunków atomowych – pierwszej na świecie, działającej międzykontynentalnej dwustopniowej rakiety balistycznej – A-9/A-10 Amerika. Planowany zasięg tego ICBM wynosił 5500 km, a obliczony czas dolotu do celu – 35 minut. Ten ICBM był przeznaczony do ostrzału Nowego Jorku i Waszyngtonu. Amerykańskie analogi tego ICBM typu Atlas i Tytan zostały opracowane w 15 lat po zakończeniu II Wojny Światowej.

Jako booster (I stopień) służyła rakieta A-10 (wysokość 20 m, średnica 4,12 m, masa startowa 87 ton). II stopień czyli A-9 stanowił modyfikację skrzydlatej rakiety A-4b, który niósł 910 kg materiału wybuchowego[3] albo kabinę pilota. Dodatkowy booster dla A-9/A-10 stanowił człon A-11, a to pozwoliłoby na wystrzelenie sztucznych satelitów Ziemi. Jeszcze jeden blok napędzający A-12 przekształcał cały pojazd w czterostopniową rakietę, gdzie stopień A-9 występowałby w charakterze kapsuły orbitalnej.[4]

A-9/A-10 Amerika w wersji pilotowanej

W celu skonstruowania ICBM A-9/A-10 Amerika u końca 1943 roku, w górskim masywie w rejonie miejscowości Gmunden w pn-zach. Austrii, na brzegu jeziora Traunsee zaczęto budowę gigantycznego podziemnego kompleksu o kodowym oznaczeniu Zement.  Wiadomo, że do końca wojny przeprowadzono tam co najmniej dwie udane próby z rakietą A-9. Czy przeprowadzono tam próby z całą rakietą A-9/A-10, tego nie wiadomo. Ale wiadomo, że w 1944 roku, rakieta V-2 wykonała pierwszy podorbitaly lot kosmiczny doleciawszy na wysokość 188 km.

Od startów zdobycznych, a potem także zmodyfikowanych rakiet V-2 rozpoczęły się radzieckie programy rakietowe i kosmiczne, tak jak i niektóre amerykańskie (Program Hermes). Pierwsze chińskie rakiety balistyczne Dun-fen-1 także startowały dzięki radzieckiej technologii rakiet R-2 zbudowanych na podstawie konstrukcji rakiet V-2.[5]


Z dziennika A. Speera


W swoim pamiętniku Reichsminister ds. Uzbrojenia i Przemysłu Wojennego – A. Speer pisał:
Absurdalne. W 1944 roku, w czasie kilku miesięcy armady wrogich bombowców zrzucały średnio 300 ton bomb dziennie, a Hitler mógł obruszyć na Anglię trzy dziesiątki rakiet o łącznej masie 24 tony na dobę, co stanowiłoby ekwiwalent ładunku wszystkiego tuzina amerykańskich „latających fortec”. Ja nie tylko zgodziłem się z tą decyzją Hitlera, ale ją poparłem go, co uważam za jeden ze swych najpoważniejszych błędów.  


Źródło – „Archiwy XX wieka” nr 3/2017, ss.12-13
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   



[1] Chodzi o rakietowe pociski plot. Rheintochter 1, Rheintochter 3 i Rheinbote. Ich modele można oglądać w Muzeum Wyrzutni Rakietowych w Rąbce k./Łeby.
[2] V-1 były samobieżnymi pociskami z pulsacyjnym napędem odrzutowym, a nie rakietowym.
[3] Amatolu.
[4] W oryg.: „orbitalnego kajaka”.
[5] Na ten temat pisałem już w książkach „Kryptonim WUNDERLAND” (WiS2, Warszawa 2001) wraz z dr Milošem Jesenským oraz w książce „Powojenne dzieje niemieckiej Wunderwaffe”, (WiS2, Warszawa 2008).