poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Z archiwum Bronisława Rzepeckiego 1


,,Eskadra NOL-i'' sfotografowana przez S. Rzynkowskiego latem 1957 roku w Zatoce Gdańskiej.

Niedziela w Paryżu




Korzystając z przepięknej, letniej niemal, pogody pojechałem w niedzielę do Paryża – tego koło Krzeszowic – by spotkać się z jednym z nestorów polskiej ufologii - Bronisławem Rzepeckim, który osiadł tam na stałe.

Bronisław już właściwie nie zajmuje się ufologią i poszedł w historię i politykę, czego rezultatem jest monografia Ziemi Nowogórskiej pt. „Zarys historii Nowej Góry”, którą wydało Towarzystwo Miłośników Nowej Góry w 2018 roku.

Poza tym Paryż jest położony przepięknie na wzgórzu, wśród lasów i ze wspaniałymi widokami w kierunku południowym. W pogodne dni, takie jak wczoraj, można zobaczyć tam całą połać naszego kraju do Pasma Babiogórskiego Beskidu Wysokiego, Beskidu Śląskiego i Tatr. Z prawdziwym Paryżem łączy go tylko wielka wieża przekaźników TV i GSM…









Wracając do domu przejechałem przez Nową Górę i muszę przyznać, że jest to urokliwe miasteczko, w jakim można zamieszkać na stare lata. Wszędzie widać ślady burzliwej, geologicznej przeszłości – wszak tutaj jakieś 225 mln lat temu (Trias) znajdowała się kaldera superwulkanu, której ślady można napotkać w tych właśnie okolicach. Spod bujnej wegetacji co rusz pokazują się wychodnie ze skał tufowych, metamorficznych i wylewnych, a także kopalnie i kamieniołomy. Geolog-amator ma tutaj wdzięczne pole do poszukiwań różnego rodzaju kamieni.




Bronisław Rzepecki dał sobie już spokój z ufologią, ale postanowił udostępnić część swego bogatego archiwum (pewna część niestety ze względów technicznych nie nadaje się do prezentacji) i zrobimy to w ramach naszego projektu na blogu „Wszechocean” i blogu „Xięgi niewydane” w najbliższym czasie, po ukończeniu wstawiania tam „Tajemnicy Księżycowej Jaskini”.   

niedziela, 22 kwietnia 2018

Rheinbote: Pierwsza antyrakieta?


Pierwsza z hitlerowskich broni odwetowych - odrzutowy pocisk A-2/V-1 w locie...

Pisząc opracowanie na temat niemieckich broni odwetowych - Vergeltungwaffen, zwanych także „cudownymi” - Wunderwaffen, - natrafiłem także na poligon w Łebie – Rąbce, gdzie w czasie II Wojny Światowej pracowano nad silnikami rakietowymi i rakietowymi pociskami przeciwlotniczymi – klasy ziemia–powietrze.

We wrześniu 2012 roku wreszcie udało mi się pojechać do Rąbki, gdzie zwiedziłem Muzeum Wyrzutni Rakietowych. Tak to opisałem w swym dzienniku:


27.IX.2012 r. – Deszcz w cieniu rakiet

Dzisiaj odpoczynek od Fokarium, więc pojechałem do Muzeum Wyrzutni Rakietowych w Rąbce k./Łeby. W ogóle dowiedziałem się o jego istnieniu od red. Marka Rymuszko z „Nieznanego Świata”. Muzeum, to za wiele powiedziane. Cztery pawilony, z czego jeden to bunkier startowy, jeden z cegły, a pozostałe dwa to zwyczajne baraki z falistej blachy. W bunkrze dowodzenia znajduje się ekspozycja fotogramów z dziejów Łeby i okolic, a ponadto wyświetlany jest film o wyrzutniach kierowanych radiem pociskach rakietowych Rheintochter 1 – 3 oraz Rheinbote. W barakach znajduje się ekspozycja fotograficzna dotycząca różnych typów rakiet i hitlerowskich broni odwetowych, w tym rakiet Aggregat-4 znane jako V-2. Poza tym jeszcze modele radzieckich rakiet plot.
W głównym baraku montażowym znajduje się ekspozycja polskich rakiet meteorologicznych Meteor, które… no właśnie – które były takie dobre i miały takie osiągi, że nasi „przyjaciele” z Paktu Warszawskiego zlękli się ich możliwości i wydali zakaz dalszych doświadczeń i prac nad nimi. Z tego, co tam napisano wynika bowiem, że rakiety te potrafiły latać do granic atmosfery, czyli do pułapu 100 km. Co to oznacza? Ano to, że byłaby to doskonała broń przeciwlotnicza i przeciwbalistyczna, przy której rosyjskie systemy S-300 czy amerykańskie Patrioty, to złom. Wystarczyło głowice z aparaturą badawczą zamienić na głowice bojowe i…
No i właśnie Rosjanie bali się tego „i”. A szkoda, że prac nad nimi nie prowadzono, bo w tej chwili mielibyśmy takie rakiety, o których systemy zabijaliby się zaopatrzeniowcy wszystkich armii świata. ale jak zwykle – debilizm, włazidupstwo i sprzedajność polskich polityków wzięła górę nad racją stanu i interesem kraju. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.
Słowo jeszcze o niemieckich rakietach. Muszę przyznać, że były pomysłowe i diabli wiedzą, do czego Niemcy by doszli, gdyby nie Sprzymierzeni i praca polskiego wywiadu? Dla mnie taka rakieta jak Rheinbote nie jest wcale pociskiem balistycznym (w maleńkiej głowicy mieści się co najwyżej 100 kg TNT) ale – ze względu na swe osiągi: prędkość i wysokość lotu – idealnym przeciwpociskiem służącym do rażenia szybkich celów powietrznych w rodzaju V-2 czy może nawet pojazdów Haunebu… Nie zdziwiłbym się, bowiem Niemcy opracowując miecz, musieli również stworzyć tarczę – system będący w stanie przechwytywać pociski rakietowe w rodzaju V-2. Zapewne zdawali sobie sprawę – szczególnie po utracie egzemplarza, który spadł w Szwecji – że ich sekrety zostały ujawnione i Alianci opracowywali swój wariant tej broni. Na pewno pracowali nad nim Rosjanie, którzy – na prośbę Churchilla – zajęli niemieckie poligony V-2 w Sarnakach i Pustkowie-Bliźnie. Tak zatem w Łebie-Rąbce Niemcy z całą pewnością pracowali nad swoim wariantem współczesnej tarczy antyrakietowej. Wojny gwiezdne wcale nie zaczęły się za prezydentury Reagana w 1980, ale już w 1943 roku na wybrzeżu Bałtyku!
Obiekt ten zwiedzałem z parą niemieckich emerytów z Koblencji, z którymi – o dziwo – można się było dogadać po angielsku, którym władali zupełnie nieźle. Musieli być z branży, bo byli bardzo oblatami w sprawach rakiet i astronautyki. Może ich rodzice tutaj pracowali…? (zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/10/podroz-uczona-na-hel-12.html)


Tak jest – mogę uogólnić, że o wojnach kosmicznych zaczęto marzyć już od chwili, w której pierwsza nowoczesna rakieta wzbiła się w niebo. Ale nie o to tu chodzi, a o pociski rakietowe kasy ziemia-powietrze Rheintochter i Rheinbote, które testowano na poligonie w Łebie-Rąbce.

Pocisk plot. Rheintochter R-1 na stanowisku startowym...
...po odpaleniu...
...i oddzieleniu się boostera

O ile pociski Rheintochter-R1 i Rheintochter-R3 (wersje R3P na paliwo stałe i R3F na paliwo ciekłe) były klasycznymi niekierowanymi pociskami rakietowymi klasy ziemia-powietrze, to pocisk Rheinbote stanowi dla mnie kompletną zagadkę. Pisze się o nim, że był to pocisk balistyczny klasy ziemia-ziemia, przeznaczony do atakowania celów wielkopowierzchniowych takich jak miasta czy zgrupowania wojsk. Była to czterostopniowa rakieta, której piątym stopniem była głowica bojowa – granat kalibru 200 mm i o masie 25 kg zawierający trialen[1], o zasięgu maksymalnym 160 km. W czasie swego lotu pocisk osiągał prędkość Ma 4,01 i pułap 78 km…

Pocisk plot. Rheintochter R-3 

Czy to nie jest zastanawiające, że czegoś takiego używano od ostrzeliwania miast czy zgrupowań wrogich wojsk? Mnie to wydaje się co najmniej dziwne. 200-milimetrowy granat to nie jest nic takiego wielkiego, nawet jeżeli jest załadowany trialenem. Jego trafienie może rozwalić bunkier czy jakiś czołg, ale nic więcej. Nawet jeżeli czynnikiem rażącym jest rozlot odłamków, to może wyeliminować z placu boju kilku żołnierzy, ale i to wszystko. Przy szybkostrzelności wynoszącej 1 pocisk na godzinę ostrzał traci sens nawet, gdyby to miało być terrorystyczne bombardowanie Londynu czy Antwerpii – jak to miało miejsce w przypadku odrzutowych pocisków niekierowanych Fi-103 A-2/V1 czy rakietowych pocisków balistycznych krótkiego zasięgu - SRBM A-4/V-2. Przede wszystkim ich payload wynosił niemal tonę konwencjonalnego materiału wybuchowego (Amatol-40, TNT), którego eksplozja powodowała większe szkody nawet przy CEP wynoszącym od 6400 do 1400 m.[2]

Sytuacja zmienia się, jeżeli do niewielkiego w sumie granatu w głowicy będącej zakończeniem III stopnia rakiety dołączymy urządzenia umożliwiające dokładne wycelowanie i naprowadzanie jej na cel. Tylko jaki to mógł być cel? Oczywiście mógł to być cel naziemny czy nawodny, a nawet podwodny, ale osiągi Rheinbote predestynują go przede wszystkim do zwalczania celów powietrznych. Prędkość 1,33 km/s to jest proszę ja kogo prędkość rzędu Ma 4,01. Maksymalna prędkość najszybszych ówczesnych samolotów tłokowych P-51 Mustang wynosiła 700 km/h, zaś prędkość samolotów odrzutowych Me 262 Schwalbe nawet 900 km/h, na pułapie operacyjnym 6000 m n.p.m. prędkość powyżej Ma 4 osiągały tylko rakiety V-2.


Poza tym V-2 były jedynymi urządzeniami technicznymi, które były w stanie dolecieć do magicznej granicy Kármána i wzniosły się na wysokość 189 km – na samo przedproże Kosmosu – to tylko 11 km od LEO![3] No i były niewykrywalne, a przed ich uderzeniem nie było żadnego ostrzeżenia. Tak było, ale czy tak do końca?

W czasie wojny w trakcie swych prób nad bronią rakietową Niemcy utracili kilka egzemplarzy odrzutowych pocisków Fi-103 i kilka rakiet V-2, które udało się wywieźć ze Szwecji i Polski do Anglii oraz USA i tam rozszyfrować ich konstrukcję, a potem zbudować swoje własne – już ulepszone. Niemcy o tym wiedzieli i dlatego musieli temu przeciwdziałać. Poza tym Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pracujący nad bronią atomową Amerykanie byliby w stanie umieścić tonowy ładunek nuklearny w głowicy ichniego odpowiednika V-1 i odpalić go w kierunku Berlina. Wiedzieli bowiem, że coś takiego jest możliwe – wszak przetestowali swoje głowice nuklearne o niewielkiej mocy – do 10 kt TNT na Rugii, w okolicach Homla na Białorusi i Ohrdruf k./Gotha (Turyngia).

Mając taki miecz naziści musieli zadbać o tarczę. I takim środkiem przeciwdziałania stały się pociski, a właściwie przeciwpociski albo jak kto woli - antyrakiety Rheinbote.

Rakietowy pocisk plot. Rheinbote...
...jego start z ruchomej wyrzutni...
...i potencjalny cel - SRBM A-4/V-2

Cały problem był nie w ich sterowaniu, to rozwiązano, ale w precyzyjnym naprowadzeniu na nieduży cel poruszający się z dużą prędkością. Częściowo sprawę załatwiał radar, który Niemcy opracowali nieco później, niż Anglicy, ale mieli już dostatecznie precyzyjny, by śledzić lot pocisków V-2. Reszta była już prosta: po zbliżeniu się do celu zapalnik zbliżeniowy detonował granat. Eksplozja rozrywała go siejąc odłamkami wokół. Trafienie dużym odłamkiem w obiekt poruszający się w atmosferze z prędkością  Ma 4 wystarczyło, by go unieszkodliwić…

Gdyby Niemcy mieli więcej czasu i nad tym jeszcze popracowali, to obawiam się, że Rheinboten nie poleciałyby na miasta, ale stały na straży nieba III Rzeszy jako obrona przed angielskimi i radzieckimi odpowiednikami pocisków V-2 i dalszych. Szczególnie wziąwszy pod uwagę to, że tamte pociski mogły już być uzbrojone w normalne głowice A. Niemcy na razie mogli tylko przenosić „brudne” bomby A.[4] Przeszkodą była masa takiego „urządzenia nuklearnego”, która wahała się w granicach 5 ton. Ale Niemcy byli mistrzami ersatzów, i jak już to wiemy, przetestowali niewielkie, taktyczne ładunki jądrowe o mocy do 10 kt – wystarczające do unieszkodliwienia miasta czy zgrupowania okrętów albo czołgów. Wszak amerykańskie bomby A z tego okresu były niewiele silniejsze i ich moc określano na 15-20 kt.

Tak więc potrzebny był środek do przeciwdziałania temu zagrożeniu. I dlatego musiał pojawić się Posłaniec Renu. Na szczęście w czasie II Wojny Światowej nie użyto na Europejskim Teatrze Działań Wojennych broni atomowej. Obawiam się, że w przeciwnym wypadku skończyłoby się to nuklearną masakrą i kontynent stałby się radioaktywną pustynią, a cały świat pogrążyłby się w postnuklearnym chaosie, tak sugestywnie opisanym przez Nevila Shute’a w powieści „Ostatni brzeg” (1957). Wtedy, w latach 40 XX wieku, ludzie jeszcze niezbyt zdawali sobie sprawę z mocy i ekologicznych efektów użycia takiej broni.


Zob. także:
1.      Antologia – „Wyrzutnia rakiet Rąbka”, wyd. Mirosław Nastały, 2001



[1] Jest to mieszanina materiałów wybuchowych: 15% RDX (hexogenu), 70% TNT (trotylu) i 15% pylistego glinu (Al).
[2] Circular Error Probable, CEP – miara celności broni rakietowej w badaniach nad militarnymi zastosowaniami balistyki, używana jako współczynnik w określaniu prawdopodobieństwa zniszczenia celu. Jest to określony w metrach promień okręgu, wewnątrz którego zakończy swój lot 50% wycelowanych w środek okręgu pocisków rakietowych (Wikipedia).
[3] Low Earth Orbit – niska orbita wokółziemska.
[4] Chodzi o bomby z niewielkim ładunkiem wybuchowym w otulinie z radioizotopu o krótkim T1/2 – np. 60Co. Eksplozja rozrywała bombę, która rozsiewała radioaktywny ładunek na znacznej powierzchni wrogiego kraju, która to powierzchnia stanowiła „strefę śmierci” przez jakiś czas.